Dzień -1 i wcześniej

Przygotowania do eventu rozmiaru Grand Prix zaczynają się dużo wcześniej niż przed samym wyjazdem. Nie było inaczej i tym razem. W przerwie od Diablo 3 i One Piece: Pirate Warriors udało mi się zaliczyć GPT w Krakowie i Warszawie. Jako, że ta relacja skupia się głównie na samym GP Lyon to jedyną rzeczą wartą przekazania jest fakt, że na tych eventach byłem typowym chłopcem do bicia (w zasadzie potrafiłem wygrać tylko z byem). Zmusiło mnie to do przemyślenia swojej decklisty i sensu grania w ogóle w te karty. 

W środę po godzinie 20:00 skończyłem pracę, zabrałem spakowane dzień wcześniej rzeczy i wyruszyłem do Krakowa na nocny testing u Tomasza “Ptaka Nakręcacza” Treppy (przy okazji wyjazd tego dnia zmniejszał szanse na ewentualne problemy komunikacyjne ze względu na zbliżające się święto). Na miejscu znajdowali się już kolejni bohaterowie podróży (Andrzej “Łysy“ Łysek, Philipp “Ensen” Ten Elsen i Grzesiek Polkowski) jak i kilka postaci epizodycznych (Tomek Treppa, Jakub “Janeczek” Janeczek i Mikołaj Dąbrowski). 

Wbrew wszystkiemu, czego się spodziewałem, pograliśmy nawet naście gier, pośmialiśmy się z głupich sytuacji, skomentowaliśmy przejęcie Gwiezdnych Wojen przez Disneya oraz obecności trotylu (był trotyl to był, więc po co drążyć temat) oraz zdeklarowałem się, że jak nie zrobię topa, a najlepiej wygram GP to kończę z graniem w karty (w zasadzie to od razu zacząłem się zastanawiać, któremu trejderowi na miejscu odsprzedam wszystkie karty…) i jakoś noc minęła. Do tego nasz kochany Philipp nie chwaląc się swoimi artystycznymi zdolnościami zaprezentował nam swoją niezwykle klimatyczną alterację: Słabość Anioła i Potęga Demona (niestety treść nie nadaje się do publikacji 😉 ). 

W tym miejscu warto wspomnieć, że Janeczek i nieobecny Michał “Promil” Lewicki jako jedyni posiadacze trzech bye’ów z graczy z Krakowa nie pojechali na event, bo wysypał im się transport w ostatnim dniu przed wyjazdem. Jest to związane z jakąś klątwą, której niestety nie znam, więc nie przytoczę.

Następnego dnia Tomek jak przystało na gospodarza zaserwował nam śniadanie mistrzów w takim stylu, że Ensen zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem związek homoseksualny to nie jest taki zły pomysł (możliwe, że spanie razem tej nocy z Łysym też mogło być bodźcem do jego przemyśleń). Tego dnia zaczęliśmy przekonywać Grześka, że wybór UB Wróżek jako decku na jego pierwsze GP to nie jest najlepszy pomysł, a wszelkie próby naprawienia tego decku sprowadzały się do wywalenia wszystkich poza jedną wróżką, co oczywiście bardzo mu się nie podobało, ale ja czułem, że pod takim naciskiem jeszcze ulegnie. 

Początek podróży mieliśmy ustalony z Katowic, gdzie Łukasz “Eomer” Błaut miał czekać na nas swoją limuzyną. W Katowicach okazało się, że nad Eomerem też ciąży jakaś klątwa i trochę się spóźni, bo musiał przejść dwie kontrole policyjne. Na szczęście ostatecznie udało mu się do nas dotrzeć. Zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy do Lyonu. Po zainstalowaniu sobie w uchu odtwarzacza mp3 dość szybko w słuchawkach zagrało mi The Gathering – „Never Was”, której to liryka czułem, że jeszcze powróci do mnie podczas eventu. W zasadzie nic szczególnego po drodze się nie działo. Trochę czasu minęło na graniu w wymyśloną prze ze mnie grę, gdzie jedna osoba znajdowała w pudełku kartę i reszta ekipy próbowała odgadnąć, co to za karta zadając naprzemiennie pytania tej osobie, na które mogła odpowiedzieć tylko tak lub nie.

Dzień Zero

Tysiąc sześćset kilometrów, naście energetyków i parę przystanków później byliśmy już w Lyonie. Znaleźliśmy nasz hostel i zajechaliśmy na parking niedaleko miejsca noclegu. Po rozbitej tylnej szybie na jednym z zaparkowanych samochodów wiedzieliśmy już, że to bezpieczna okolica, bo przecież piorun nie uderza dwa razy w to samo drzewo.

Hostel nie zawiódł, był czysty, z dobrym wyposażeniem, z wi-fi i nie dopłacaliśmy do piątej osoby, która po uczciwym (tak uczciwym, że za każdym razem jak to czytam, to się uśmiecham) głosowaniu spała na podłodze.

Ogarnęliśmy się trochę, rozpakowaliśmy, a następnie zaczęliśmy szperać po necie za decklistami sprawdzając, co nowego w wielkim świecie. Planowaliśmy zagrać tego dnia jakieś GPT, więc zaczęły się wybory decków. W Grześku coraz bardziej rozkwitało zasiane ziarnko niepewności co do grania Wróżkami, ale jeszcze nie był do końca przekonany. Eomer wciąż nie wiedział, czym ma zamiar grać i przechodząc wcześniej (naście dni przed eventem) ewolucje z Trona i Affnity, doszedł do Gifts Banta, a ostatecznie złożył Dark Gifts Banta z upatrzonej w hostelu decklisty. Łysy miał plan zagrania pierwsze Ryboludźmi, a potem jakimś Tribal Flames Delverem czy jakimś takim cudem w celu sprawdzenia, co będzie lepiej siadało. Ensen od początku był zajawiony na BUG Midrange, tak jak i ja byłem od początku nastawiony do grania Jundem. Tak przygotowani i uzbrojeni pojechaliśmy na site. 

  Przed dotarciem na miejsce turnieju szybko zorientowaliśmy, jaka na małych krętych francuskich drogach jest różnica między czerwonym, a zielonym światłem. Na zielonym po prostu jest minimalnie mniejsza szansa, że zaraz ktoś w Ciebie wjedzie. Tyle wymuszeń i mówiąc żargonem z Burnouta (PS3) – „near missów”, to dawno na oczy nie widziałem. Ostatecznie udało się bez bliższych kontaktów dojechać do zjazdu na podziemny parking, który był tak stromy, że nie byliśmy pewni, czy za horyzontem przypadkiem nie ma wielkiego kanionu. Na szczęście nie było, ale zaczęliśmy mieć podejrzenia co do ceny parkingu, bo za dużo samochodów to nie widzieliśmy, a jeśli już, to porsche lub inne lamborghini. 

Na miejscu pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było udanie się do trejderów ogarnąć parę kart. Po drodze spotkaliśmy Kaję „Axcel” Federowicz, do której się uśmiechnąłem niczym Grinning Demon, bo z tego co się orientowałem, to prawdopodobnie będzie jedyny przyjaciel po czarnej jak sędzia stronie mocy, a kto wie ile razy przyjdzie mnie zupełnie nieumyślnie oszukać na swoją korzyść swoich przeciwników (pozdrowienia dla mojego odwiecznego rywala i kolegi Urlicha). Spotkaliśmy jeszcze jak to określił Ensen „psa Świnię” i gościa, którego kojarzę z ekipy Słonia, więc Zoo pełną parą. 

Na site znaleźliśmy własne cztery kąty tworzące stół i zaczęliśmy spisywać decklisty na najbliższe GPT. Znaczy: kto pisał to pisał, ja swoją decklistę już miałem wydrukowaną w poniedziałek, więc nie straszne mi były żadne organizacyjne przedturniejowe stresy (o jakże się wtedy myliłem, ale o tym później). Docelowo to miałem nie grać tego GPT, ale skoro już posiadałem dwa wydruki spisu, to niech stracę to 8 euro, może akurat spotkam jakiegoś Polaka i na drodze psychicznego terroru mi się podłoży jak człowiek. Miałem w sumie jeszcze wcisnąć na side jakieś Jund Charmy, ale stwierdziłem, że tak jest dobrze i na teraz nie będą potrzebne. 

Rozpocząłem swoją pierwszą rundę GPT. Przywitałem się z moim przeciwnikiem i jego combem w czwartej turze umierając od Grapeshot z flashbacka i przeszliśmy do drugiej gry. Wysidowałem 2x Terminate i 2x Maelstrom Puls’y i wrzuciłem 1x Surgical Extraction, 1x Abrupt Decay i 2x Slaughter Games, które to kulturalnie doszły z czuba i zdążyłem zagrać dzięki Deathrite Shaman w trzeciej turze nazywając Past in Flames. Po przełknięciu gorzkiego smaku, jaki poczułem po przeglądnięciu talii przeciwnika spotykając tylko jedne Past in Flames poszukałem jakie ma w decku win condition i znalazłem 2x Empty the Warrens i 1x Grapeshot. Szybko zrozumiałem, że bez Jund Charmów i Maelstrom Pulse’ów zmierzenie się z goblinami może być trudne, ale przeciwnik szybko skrócił moje rozterki i dobrał Grapeshot, który wraz z widzianym przed chwilą Pyromancer’s Swath i znaczącym storm countem pokazał mi, co myśli o moich punktach życia i na tym zakończyłem swój występ na GPT. 

Mając dużo wolnego czasu poszukałem innych, żeby zobaczyć, jak im poszło. Wszyscy powygrywali swoje po za Eomerem, który grał z BRw Lasery. Oglądając jego grę mieliśmy okazję pokazać Grześkowi klasyczny przykład jak nie zabijać Lightning Boltem 2/3 Tarmogoyfa bez instanta w grobach. Oprócz tego gra była na tyle nudna, że uciekliśmy z oglądania jej.  Eomer szybko do nas dołączył opowiadając jak to z Obstinate Baloth na ręce i 18 życiami, przeciwnik sprzedał mu 9 obrażeń z końcem jego tury i 9 w swojej. W kolejnych rundach poopadała reszta i Eomer znowu przegrał w pierwszej rundzie następnego GPT. Ja nie dałem się namówić na dalszą, jedna gra ze Stormem dała mi taką pokaźną dawkę informacji, że wystarczyło materiałów do analizy na cały dzień. Do tego łudziłem się, że po pięciu miesiącach grania w Diablo pewnie mam tego jednego bye’a. Jedyną osobą na placu boju okazał się Łysy, który przez cały dzień grał to pierwsze GPT, aż w końcu je wygrał zgarniając trzy bye. Czekając na sukces Łysego pograłem jeszcze trochę z Eomerem z jego Dark Giftsem w sumie gardząc jego deckiem tak bardzo, że zacząłem go w głowie przerabiać, bo to co robił mu mój Deathrite Shaman było tak przerażające, że coś z tym deckiem trzeba było zrobić przy okazji praktycznie już przekonując Grześka, żeby nie grał jutro tymi UB Wróżkami. 

Po całym dniu gry wraz z sukcesem Łysego wróciliśmy do hostelu. Na miejscu każdy miał nastawienie, że trzeba coś zrobić ze spisami na jutro, jak nie zmienić ich całościowo. Łysy był zły trochę o to, że nie pograł przygotowanym drugim deckiem i ciężko będzie mu teraz zagrać czymś innym niż Rybami, skoro nimi wygrywał cały dzień. Grzesiek wreszcie przełamał się całkowicie i razem z pomocą Łysego, który ma doświadczenie z tego typu deckami zaczęli rozkminiać dla niego Dredgevine z roboczą nazwą Vengevagina. Ensen rozmyślał, co by tu w spisie uciąć, by dodać Doom Blade i moją propozycję by grać 61 kart powiedział, że tak nie zrobi, bo Longer mu kiedyś powiedział, że 61 kart grają tylko typki, co nie wiedzą co uciąć z decku. Mnie przekonano, że muszę grać Jund Charmy i dołożyłem do side zamiast 1x Surgial Extraction i 1x Darkblast. W między czasie rozłożyłem deck Eomera na części i zacząłem kminie, co by tu zrobić, by tak strasznie nie obessał na swoim pierwszym GP. Po dłuższej analizie zacząłem prezentować swoje zmiany i przerobiłem deck na WBG Junk bez tak oczywistych kart jak Kitchen Finks, Restoration Angel czy Loxodon Smiter, po co komu taki crap. Spis się Eomerowi spodował i po małym tweakingu i wspólnym rozkminianiu side doszliśmy do finalnego spisu: 

Podczas naszych ciężkich rozważań zaproponowałem Łysemu, by do ryb dorzucił tak jak kiedyś w Legacy singlowe Mishra’s Factory to w Modernie singlowy Blinkmoth Nexus, by podpakowywać swojego Mutavault. Zaświeciły mu się wprawdzie oczka, ale ostatecznie po długich negocjacjach nie dał się przekonać i oficjalnie przestał być już tego dnia moim kolegą. Wprawdzie trochę mu wybaczyłem, gdy zapytał mnie o propozycję karty na side na Junda i tym razem uznał wyższość mojego geniuszu i wrzucił w spis proponowanego prze ze mnie Redirecta, to mimo wszystko niesmak pozostał. Po wszystkich tych chwilach analiz i genialnych myślach poszliśmy wreszcie spać.

Dzień Pierwszy

Nie przypuszczałbym nigdy, że ten dzień zacznie się tak fatalnie, a skończy się tak dobrze. To co się działo momentami w mojej głowie to rzecz nie do opisania, nieustanna walka ze własną psychiką i stawianiem sobie poprzeczki tak wysoko, jak się tylko dało. Nie chciałem, by ta historia skończyła się jako kolejne „bad beat story” o floodach, screw, mulliganach do czterech. Robiłem, co mogłem i wygląda na to, że się udało, ale po kolei.

Na site zaraz przed rozpoczęciem eventu usiedliśmy przy stoliku sprawdzając, czy wszystko na decklistach się zgadza, dojadając śniadanie i motywując się, że to jest ten dzień. Po sprawdzeniu swojej decklisty i położeniu jej przed siebie na stoliku byłem pewny, że jestem przygotowany mentalnie na ten turniej. W tym czasie zwołał mnie do siebie Eomer z Ensenem, bym pomógł mu rozpisać sidowanie się do jakby nie było wymyślonego prze ze mnie Junka. Spisaliśmy, ile tylko się dało możliwych matchupów, aż w końcu usłyszeliśmy annoucment o wywieszeniu sitingów. Nie zastanawiając się długo każdy ruszył w swoją stronę.

Po dłuższej chwili poszukiwań wreszcie zorientowałem, że pierwsza litera mojego nazwiska jest przed „Q” i nareszcie mogłem się udać na miejsce. Po drodze obserwując już w większości siedzących graczy dotarło do mnie, że zapomniałem zabrać mojej ostatniej przygotowanej kopii decklisty na ten turniej. Pobiegłem szybko tam, gdzie przed chwilą siedziałem, ale niestety wszystkie te stoły już wyglądały tak samo. Biegłem od stołu do stołu czy przypadkiem nie ma tam mojej listy sprawdzając przy okazji okoliczne kosze na śmieci, ale niestety nikt nic nie widział,  już się kończył czas siadania na miejsce, więc nie miałem wyboru i popędziłem na swój stołek po drodze zagadując sędziego o zaistniałej sytuacji, który po zweryfikowaniu czy mam na czym pisać odpowiedział szybko i w trybie rozkazującym: „Write!”. Nie zastanawiając się dłużej pobiegłem robić co mogłem, by nie przegrać tego turnieju przed jego rozpoczęciem. Widząc mnie siedzący niedaleko Grzesiek jeszcze bardziej się zestresował, kiedy ja już cały spocony i zdenerwowany wydzieram się do niego, że zgubiłem decklistę. Szybko usiadłem, wyciągnąłem kartkę i długopis i zacząłem drukować spis z ręki. Robiłem to z taką prędkością, że w połowie mięsnie dostały takiego skurczu, że nie mogłem inaczej ruszać ręką niż robić to całym ramieniem. Porzuciłem w tym momencie charakter pisma i zacząłem robić znaczki, które to będzie się dało jakkolwiek rozszyfrować, że akurat o tę kartę mi chodziło, modląc się do tego samego patrona co Duo kiedy spisuje deck 10 minut za późno. Na szczęście w tym czasie reszta uczestników czytała i podpisywała pisma zaświadczające o tym, że jest się osobą pełnoletnią lub nie i zgadza się łamanie swoich praw człowieka na tym turnieju, a następnie wykorzystania jako elementu ludzkiej stonogi i tylko dlatego udało mi się zdążyć spisać deck jeszcze szybciutko przeglądając fizycznie talię, czy nie zapomniałem o jakiejś karcie.

Radość z sukcesu była ogromna, a wiara w zwycięstwo nagrodzona. Tego dnia między rundami oprócz moich gier jak to na GP, działy się różne śmieszne lub mniej sytuacje. Jedną z nich było to, że nie tylko ja miałem stresujący start z Polaków. Pechowcem okazał się też Witek „Świnia” Waczyński, który zostawił na chwilę bez opieki swoje karty i po powrocie okazało się, że ktoś się zachował strasznie świńsko i nie było paru Steam Vents czy Scalding Tarn, a turniej startował lada moment, ale nieustraszony Witek wykorzystując przebłysk geniuszu w trudnej chwili zastąpił braki landami w innych kolorach i dorzucił do spisu Gifts Ungiven, Unburial Rites i Iona, Shield of Emeria, tworząc prawdopodobnie pierwszą hybrydę Storma z Dark Giftsem. Drugą z kolei bardzo zabawną dla każdego poza Łysym była jego rozkmina, jak zablokować combo na Kiki-Jiki, Mirror Breaker, mając na ręce Phantasmal Image i Aether Vial z dwoma counterkami. Niestety ta sztuka mu się nie udała. Historie o tym jak działa legandary rule od tego momentu po wsze czasy będą krążyć po świecie i wracać do niego jak bumerang, a ja jako jego kolega nie omieszkałem przypominać mu o tym zawsze, kiedy była mowa o czymkolwiek legendarnym.

Po pierwszym dniu podsumowanie graczy z naszego samochodu wyglądały tak:

  • Grzesiek Polkowski, z jednym bye, będąc na swoim pierwszym GP, grając Dregevine deckiem coś tam wygrał, coś tam przegrał (swoją drogą rozkminił w spisie, że będzie grał 3 Vegevine, bo 4 to za dużo, gratulujemy rewolucyjnego pomysłu)

  • Philipp Ten Elsen, bez bye, będący na któryśtam z kolei na GP, grający BUG Midrange własnego pomysłu, coś tam wygrał więcej i coś tam przegrał tracąc szanse na day 2 w przebiegach

  • Andrzej Łysek, z trzema bye, wygrywając single elimination GPT, będący na któryśtam GP, grający Mono U Rybkami, po drodze zaliczając legendarne zagranie, wyrzeźbił wyniki 6-3 przegrywając ostatnią grę o day 2

  • Łukasz Błaut, z dwoma bye, będący na pierwszym GP, grający GWB Junkiem mojego autorstwa kończy wynikiem 7-2 dostając się tym do day 2

  • Dariusz Przybyło, bez bye, będący na trzecim GP, grający Jundem, po drodze prawie zaliczając załamanie nerwowe, kończy z wynikiem 7-2 dostając się tym do day 2.

Po zakończonym dniu pierwszym udaliśmy się na zasłużony posiłek składający się z jednej z droższych pizz, jakie przyszło nam w życiu jeść i po przejechaniu slalomu gigant po francuskich drogach powróciliśmy do hostelu. Wiadomo, jak to po całym dniu grania – nikt nie był zmęczony i zanim się poszło spać, to trochę minęło, a bo to trzeba było decki na Legacy poskładać, a to co innego trzeba było ogarnąć, a bo to całe życie Facebooka ucieka, więc nikt nie próżnował. W głowie z tego wieczora najbardziej mi zapadły słowa Eomera wracającego z łazienki, który to z przerażeniem przekazuje nam informacje, że właśnie jego najczarniejszy koszmar się wydarzył naprawdę. Kiedy był sobie spokojnie w łazience nie wadząc nikomu, z pod prysznica nagle wyszedł czarny murzyn owinięty tylko w ręcznik i z mydłem w ręce. Nie było rady, trzeba było się ewakuować… i tym optymistycznym akcentem zakończę relację wydarzeń z dnia pierwszego.

 

Dzień Drugi

Początek tego dnia był tak normalny, jak tylko się dało, a dojazd na site bezproblemowy i w zasadzie można przejść bezpośrednio do kolejnych gier.

Po zakończeniu ostatniej rundy i oddanie wyniku do stolika sędziowskiego zacząłem się rozglądać za resztą ekipy. Natrafiłem przy o okazji na przewijającego się przez cały dzień tu i ówdzie Matthieu Deloly (francuskiego polaka wpisanego jako francuz na tym turnieju), który poinformował, że ostatecznie skończył z takim samym wynikiem jak ja i liczy na top 64. Wtedy to mnie dopiero dotarło, że przecież ja też mam szanse na top 64. Wprawdzie wiedziałem, że moje tiebreakery nie są w najlepszym stanie, ale pamiętałem, że Matthieu był dwie rundy temu troszkę niżej niż ja. Moją świeżo rozpaloną nadzieję ugasiła trochę informacja od Kaji, że podglądnęła końcowe standingi i wygląda na to, że jestem na sześćdziesiątym szóstym miejscu. Mimo wszystko do samego końca wierzyłem, że coś się jeszcze może zmienić. Ostateczne wątpliwości rozwiały zobaczenie na własne oczy standingów potwierdzających tylko to co mówiła mi Kaja.

Kiedy emocje już opadły i znaleźliśmy wszystkich członków załogi wyjazdowej, zaczęły się rozmowy i opowiadanie przeróżnych historii, które się dzisiaj wydarzyły. Niektóre z nich już słyszałem w ciągu dnia, ale dla wielu zgromadzonych były one opowiadane po raz pierwszy. Eomer na przykład podczas na początku dnia drugiego (dokładnie wtedy kiedy podpisuje się pismo, które będzie potrzebne organizatorowi w razie ewentualnych wygranych) był świadkiem jak gość oddaje sędziemu czystą kartkę. Sędzia wyraźnie skonsternowany sytuacją domagał się wyjaśnień. Na co gość odpowiedział mu, że on jest bezdomny i nie zamierza nic wygrywać. Co jak się okazało stało się celem samym w sobie, bo gość w pierwszej rundzie dostał game loosa za wykłócanie się o jego zdaniem krzywdzący ruling. Podczas tych rozmów niedaleko naszej grupy przeszedł bliżej nieokreślony sędzia. Ensen, który przez ostatnie parę chwil prezentował wszystkim swoją altercję, nagle zerwał się i biegnąc do niego zapytał się czy uważa on, że używanie tego typu tokena jest oznaką obrazy dla jego przeciwników. Jak można się było domyśleć owy sędzia potwierdził wątpliwości Philippa, a my mogliśmy wrócić do naszych rozmów i oczekiwaniu na zakończenie eventu.

Podczas oglądania finałów siedzieliśmy niedaleko stolika gdzie podpisywał karty Sławomir Maniak, więc korzystając z okazji podszedłem pooglądać jego pracę. W tym czasie przewinęło się trochę polaków chcących podpisać co nie co lub dorysować coś ciekawego na macie do gry. Sławek słysząc znajomy mu język okazał się bardzo miły i rozmowny co było bardzo pozytywnym akcentem na zakończenie tego dnia. Do tego miałem okazję by dopisał mi „GP Lyon 2012” do wcześniej podpisanego i przerobionego Vorapede, z którym to wysłałem do niego Grześka.

Vorapede GP Lyon 2012
Podpisana i alterowana Vorapede przez Sławomira Maniaka

Po zakończeniu finałów nie pozostało nam już nic innego jak spakować swoje rzeczy i wyruszyć w drogę powrotną. Na sam koniec chciałbym tylko dodać, że to był niesamowity dla mnie turniej. Fatalny start obrócił się w rewelacyjny finisz. Zrobiłem, co mogłem, by wygrać jak najwięcej i wiem, że było blisko, by wygrać jeszcze więcej, jednak wierzę też, że przyjdzie jeszcze czas na większy sukces. Mimo niedosytu ukończenia zaraz pod kreską jestem z siebie bardzo zadowolony. Przypomniałem sobie też o mojej deklaracji, że jak nie wygram tego eventu to skończę z mtg. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe, jak tym razem nie dotrzymam słowa, a ja na przyszłość będę bardziej uważał na to, co mówię ;). 

Autor: Dariusz „byłek” Przybyło

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *