W miniony wtorek została prze ze mnie zaplanowana wyprawa do kina jako rozgrzewka przez zbliżającą się premierą Wonder Woman w którą bardzo wierzę, że będzie przynajmniej bardzo dobra. W pierwszej wersji plan zakładał wersję 2D z napisami jednak gromadzące się chmury przekonały mnie, że na późniejszy seans dostanę się tylko wpław i po podjęciu błyskawicznych decyzji wyruszyłem na spotkanie z przygodą w wersji 3D z dubbingiem. Niestety jednak bezlitosny ocean chmur wzburzył swe fale i w połowie wędrówki dopadła mnie Zemsta Salazara (polski podtytuł) w najmokrzejszym jej wydaniu. Już zacząłem wątpić czy dotrę do celu swej wyprawy, bo sztorm pomiatał moim żaglem przeciwdeszczowym bez żadnego wysiłku, jednak przypomniałem sobie, że Dead Men Tell No Tales (podtytuł oryginalny), a ja ani umierać, ani nic na temat napisać nie planowałem czego dowodem jest moja opowieść o kolejnym odcinku Piratów z Karaibów.
Po takim starcie z miejsca już mógłbym dać maksymalną notę za efekty specjalne, bo mokry strój utrzymał się na mnie przez cały seans aż do powrotu do domu, tak jakbym faktycznie razem z kapitanem Jackiem Sparrowem i jego świtą przemierzał bezkresne morza Karaibów. Mimo wszystko jednak dość tych żartów i pora skupić się wreszcie na samym filmie.
Od samego początku nie ma się żądnej wątpliwości, że jest to kolejna część z tego uniwersum. I jeżeli ktoś wybiera się bez żadnej znajomości wcześniejszych części lub ich zwyczajnie nie pamięta (pierwsza część „Piratów…” powstała w 2003 r.) to będzie mieć nie mały problem ze zrozumieniem pewnych elementów świata przedstawionego jak i ich połączenia do głównej fabuły. Powtarzające się charaktery nie są ponownie przedstawiane zakładając z góry, że widz już je doskonale zna. Ma to jak zwykle swoje dobre i złe strony, bo dla „przygotowanej” osoby nie ma zbędnego zanudzania tym co już zna, ale za to „nowa” będzie zagubiona w tej mimo wszystko prostej historii. Osobiście jestem zdania, że można umiejętnie „wpleść” przypomnienie o wydarzeniach, które mają znaczenie dla głównego wątku tak by stary wyjadacz mógł uronić łzę wspominając epickie sceny, a nowemu dać do zrozumienia, że jest to część większej całości.
Po wprowadzającej scenie która przedstawia spotkanie Henry’ego Turnera z jego (znanego skądinąd) ojcem Willem – uwięzionego na pokładzie Latającego Holendra, akcja nabiera rozpędu skacząc bardzo chaotycznie po kolejnych wątkach. Kiedy już zrozumie się tempo akcji i przyzwyczai się, że film będzie operował absurdalnym humorem (jak rozmowa Sparrowa z jego wujkiem, który doradza, że jak będą go ćwiartowali to żeby poprosił o konkretnego kata, bo pewną rękę ma przez co mniej boli
) to zaczyna razić zbyt duże zagęszczenie „przypadkowych zbiegów okoliczności” na metr kwadratowy, które pchają główny wątek do przodu. Wszystko tak trochę pędzi aż faktycznie wypłyną na szerokie wody Karaibów i zacznie się (jak zwykle) poszukiwanie skarbu – w tym wypadku legendarnego Trójzębu Posejdona. Jako, że jest to Disney to pewnie to ten sam co z Małej Syrenki
.
Aktorsko niestety już jest gorzej, bo niestety Johnny Depp już nie ten sam co za dawnych lat i czuć było sztuczność w odgrywaniu kapitana Jacka Sparrowa, choć miał swoje momenty. Dla mnie jednak zbyt teatralnie to wyszło. Podobnie reszta ekipy nie popisała się niczym specjalnym. Podobała mi się za to Kaya Scodelario w roli Cariny Smyth i choć trochę przerysowana postać w swojej roli to zdecydowanie jedna z najciekawszych w tej opowieści. Dobre słowo można również powiedzieć o Kevinie McNally w roli Joshamee Gibbsa oraz Javierze Bardem jako tytułowy Kapitan Salazar. Szczególne za to wyróżnienie należy się Geoffreyowi Rushowi w roli Kapitana Hectora Barbossy, który to odgrywa podobną rolę w historii jak Yondu w „Strażnikach Galaktyki vol.2”. Moim zdaniem nikt tej roli nigdy nie mógł zagrać lepiej, a wspólny wątek Kapitana Barbossy z Cariną to jeden z najjaśniejszych elementów fabuły.
Efekty specjalnie stoją na wysokim poziomie. Wszystko co nadnaturalne rusza się z należytą gracją, a animacje wody ciężko odróżnić od prawdziwej. Widać, że w tej kwestii budżet nie oszczędzał ani grosza i to co dało się zrobić przy pomocy CGI to zostało zrobione z należytą precyzją. Ale do tego już specjaliści branży zdążyli nas już przyzwyczaić.
Jako, że zmusiłem się na wersję 3D z dubbingiem jestem też wstanie ocenić ich wykonanie. Byłem nawet zaskoczony jakością 3D bo było ostre, nie było nachalne i na siłę, ale też nie czuć było pełnego wykorzystania tej technologii. Nie przeszkadzało w oglądaniu, ale też nie było efektu „wow”. Za to polski dubbing nie był najlepszy, znacząca większość była nijaka, ale najbardziej przeszkadzało to, że była cała masa źle nagranych wypowiedzi, które zwyczajnie były mało lub w ogóle niezrozumiałe. Docenić chciałbym za to Oliwię Nazimek podkładającą głos pod Carinę Smyth, która bardzo mi się podobała.
Jak zwykle oczekiwałem po napisach końcowych na scenę specjalną, która może sugerować możliwość powstania kolejnych części. Niestety ludzie wyszli, wyświetlanie napisów wyłączono, a obsługa na pytanie w tej sprawie odpowiedziała mi, że „chyba nie ma”. Niestety po późniejszym sprawdzeniu tematu we wszechwiedzącym internecie okazało się, że jest. Wiedza ta ukłuła moje serce łowcy scen specjalnych bardzo.
Podsumowując, zdecydowanie są to pełnoprawni Piraci z Karaibów, których docenić powinni przede wszystkim fani serii, bo ukłon w stronę ich wiedzy o uniwersum jest dość spory i moim zdaniem wręcz konieczny do zrozumienia filmu. Jest to dość proste w swoich założeniach kino przygodowe z wplecionymi żartami i elementami akcji z domieszką efektów specjalnych. Ma swoje dobre momenty z fajnymi scenami i ciekawymi wątkami, ale też jest spora doza niedociągnięć fabularnych oraz nijakich postaci co ma wpływ na ostateczne odczucia.
Ocena ogólna: 7/10
———————–
Fabuła: 7/10
Gra aktorska: 6/10
Efekty specjalne: 8/10
———————–
3D: 8/10
Polski dubbing: 5/10