Korzystając z przychylności zbiegów okoliczności czasowo-dyspozycyjnych wybrałem się do kina na film, który nie jest (jak to zwykle mam w zwyczaju) blockbusterem per se. Ba, nawet specjalnie nie wiedziałem co to za film, jedyne co by miło znane to znakomita i bardzo prze ze mnie lubiana obsada. Na pierwszym planie i w zasadzie twarzą filmu jest zjawiskowa Charlize Theron (Mad Max, Królewna Śnieżka i Łowca, Adwokat Diabła), partneruje jej James McAvoy (nowa trylogia X-Men), a całość uzupełnia (choć niestety epizodycznie) John Goodman (Big Lebowski, Lot). Te nazwiska wystarczyły by dać szansę nieznanej mi w żaden sposób historii.

Widowisko otwiera scena konfrontacji dwóch bliżej nie zidentyfikowanych agentów służb specjalnych po której jeden z nich staje się w posiadaniu bardzo cennej listy agentów, która to będzie obiektem zainteresowań wszystkich zamieszanych w historie stron. Jedną z nich jest nasza tytułowa Atomic Blonde, czyli agentka MI6 Lorraine Broughton (Charlize Theron), która zostaje wysłana z misją przejęcia tejże listy do Berlina. W owej misji mam jej pomóc mocno już zadomowiony w Berlinie inny agent MI6 – David Percival (James McAvoy). Początkowy zarys fabularny nie pozostawia żądnych wątpliwości, że będzie to film o agentach i różnych zawirowaniach z tym zawodem związanych, łącznie z walką wręcz jak i przy pomocy broni palnej czy też pościgach samochodowych. Mamy tutaj więc schematy Bonda czy innego Bourne osadzonych w wyraźnie zarysowanym klimacie lat osiemdziesiątych.

Zatrzymując się jeszcze na chwilę przy klimacie to trzeba docenić dbałość o detale w oddaniu Berlina z roku 1989 w którym to właśnie dzieje się cała akcja. Poruszamy się pomiędzy starymi kamienicami, zatrzymując się czasem w stylowym barze czy rozświetlonej światłami neonów dyskotece. W tle lecą przeboje z tamtego okresu, a na ulicach widać zbuntowaną punkową młodzież, a rewolucja w postaci obalenia jednego z najbardziej znanych symboli zimnej wojny – Muru Berlińskiego wisi w powietrzu. Czuć ducha tamtych czasów na każdym kroku i to się bardzo chwali i jest to obok ścieżki dźwiękowej najmocniejsza strona filmu.

Gorzej już niestety wypada fabuła, która momentami niepotrzebnie jest skomplikowana nie wyjaśniając tak naprawdę po co to wszystko się dzieje. Nie pomaga też wprowadzanie kolejnych i to nie raz całkiem ciekawych charakterów bez przedstawiania ich w żaden lub w bardzo powierzchowny sposób. Być może jest to wynikiem tego, że wszystko jest na podstawie (jak informują na początku filmu) książki „The Coldest City”, która jak teraz dowiaduję się z internetu tak naprawdę jest komiksem. Być może zredukowanie fabuły na potrzeby scenariusza filmowego odbiło się negatywnym skutkiem na odbiorze jako całości, ale to można ocenić dopiero znając oryginał. Moim zdaniem zdaniem najbardziej brakuje postaci z którą widz mógłby się identyfikować choć w najmniejszym stopniu. Do samego końca nie znane są nawet wszystkie strony konfliktu i nawet po zakończeniu seansu nie za bardzo wiadomo kto był ten dobry, a kto ten zły. Możliwe jest, że to był zabieg zamierzony, bo tak wyglądał ten świat agentów i nie było podziału na czarne i białe tylko wszystko było odcieniem szarości, a strona nie broniła konkretnej wartości moralnej tylko swojego odmiennego punktu widzenia. Na szczęście jednak narracja ma też dzięki temu dobre strony, bo zakończenie nie jest oczywiste, a całość ma kilka interesujących zwrotów akcji.

A skoro już o akcji mowa to znajdzie się jej też solidna dawka. Jest kilka bardzo dobrze przedstawionych scen walki, ale na szczególną uwagę zasługuje kilkunastominutową sekwencja, która jest zmontowana przy pomocy sprytnych przejść tworząc iluzję jednej długiej sceny akcji zaczynając od walki na klatce schodowej kończąc na pościgu samochodowym. Bardzo ciekawy i dobrze zrealizowany zabieg mocno wyróżniający się na tle całości.

Ostatecznie film nie dał mi powodów by się na nim nudzić czy nerwowo spoglądać na zegarek. Był jak dla mnie przyjemną odskocznią od wszystkich tych wysokobudżetowych filmów o superbohaterach. Niestety ma też swoje słabsze momenty w postaci nieciekawie poprowadzonych elementów intrygi z akceptowalnym zakończeniem. Widać bardzo fajnie wykreowany świat z ciekawymi bohaterami włącznie, co ostatecznie pozostawia poczucie niewykorzystanego potencjału. Dodatkowo jeżeli ktoś oglądał jakikolwiek trailer to bardziej on pasował do tytułu Atomic Blonde niż to co faktycznie widzimy na ekranie kina, gdzie akcja jest wolniejsza, a całość operuje poważniejszym tonem. W zasadzie film jest do polecenia, ale niekoniecznie w kinie, ale na spokojnie w domowym zaciszu w ramach wieczornej rozrywki. Wyrażając ocenę wartością liczbową to 6,5/10 jest dla mnie uczciwą oceną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *