Tydzień temu podczas mojej nagłej ale ważnej wycieczki do Bielska-Białej (po nieszczęsne Dark Souls: The Board Game) udało się zahaczyć o cywilizowane kino gdzie emisja filmu Spiderman: Homecoming nie była niczym nadzwyczajnym (u mnie w mieście się na niego nie zdecydowali
). Trochę od premiery minęło, ale by tradycji stała się zadość swoją opinię pasuje wyrazić. Choćby dla sportu
.
Już od samego początku nie ma żadnej wątpliwości o umiejscowienie akcji na linii czasowej Marvel Cinematic Universe (MCU). Jest to przy okazji podsumowane w ciekawej formie pseudo-dokumentu prowadzonego w formie krótkich filmików nagranych na komórce Petera Parkera (Tom Holland), który w dobie aktualnych trendów, spotęgowane swoją młodocianą energią nagrywa wszystko z komentarzem pomimo, że doskonale wie, że nie może tego nigdzie upublicznić. Na szczęście my widzowie mamy dostęp do naprawdę tajnych materiałów
.
I pomimo formy obrazu to naprawdę pokazuje przez jaki pryzmat przyjdzie patrzeć nam na świat, bo będzie to świat oczami nastolatka jakim zdecydowanie jest w tej odsłonie Spidermana – Peter Parker. Jest to jak najbardziej poprawna forma i jak wielu uważa najbliższa oryginału czyli komiksu. Mimo wszystko bardziej w moim guście była kreacja Tobey’a Maguire’a czy też późniejsza Andrew’a Garfield’a. I nie jest to wina Hollanda, że tak zagrał tak tą postać, on odwalił kawał dobrej roboty i świetnie moim zdaniem do tej roli przygotował. Problemem dla mnie w tej kwestii była ta „przyziemna” historia, która moją personę oczekującą jednak rozmachu i mocnego uderzenia nie zaspokoiła w odpowiednim stopniu. Ten sam problem miałem właśnie z Ant-Manem, który również był fajnym i przyjemnym filmem operującym w uniwersum, ale nie dotykał nieba a „tylko” twardo stąpał po ziemi. Dla jednych to będzie plus dla drugich minus, mimo wszystko rozumiem zabieg oraz szansę na przychylność młodszego pokolenia i to się im udało całkiem nieźle robiąc wciąż bardzo dobry film.
Warto też pochwalić Michael’a Keaton’a jako Adrian Toomes/Sęp, który jest bardzo fajnie napisanym złym charakterem i nawet brakowało mi trochę jego czasu antenowego, bo jego podejście do czarnej roboty jaką się zajmował było bardzo prawdziwe i racjonalne i nie było jak to zwykle w takim wypadku uwarunkowane jakiegoś rodzaju obsesją. Po prostu czarny charakter z którym można się nawet identyfikować, co dodaje mu punktów do prawdziwości w jego odbiorze.
Niestety że scenariusz jest w pewnym stopniu obyczajowy i jest mało okazji na zabawę przez speców efektami specjalnymi (choć to nie znaczy, że film jest pozbawiony takich, o nie!), a akcja, która dzieje się w szkole przypomina trochę te szkolne amerykańskie seriale, które z jakiegoś powodu przytrzymywały przy telewizorze, ale tak naprawdę nie wiedziało się dlaczego
, bo przecież to nie dla mnie. Jest w tym przez to trochę magii, ale zdecydowanie starszy widz z oczywistych względów będzie mieć większą trudność by przeżywać emocje dorastającego nastolatka na tym samym poziomie.
Bardzo dobrze za to wypada ten pouczający wydźwięk opowiadanej historii zahaczający o tak zwane uniwersalne prawdy o życiu. Świetnie pokazuje, że od zera do bohatera to nie jest taka prosta sprawa i nikt nie rodzi się mistrzem w swojej dziedzinie, wszystko jest kwestią pracy i doświadczenia jakie się każdego dnia zdobywa. Może i stosunkowo często spotykany motyw, ale wciąż podany w tej formie nie był dla mnie wymuszonym morałem, a sensownie uzasadnionym w całym filmie.
Podsumowując jest to dość lekki film o dorastaniu i akceptacji samego siebie, poruszający przy okazji bardziej przyziemne społeczne problemy, który nie przesadza z patosem mając na uwadze do jakiej publiczności jest on kierowany. I trzeba mieć to moim zdaniem gdzieś z tyłu głowy udając się na seans by później nie czuć pewnego rodzaju rozczarowania. Warto spodziewać się trochę innego stylu niż ten znany z filmów głównego nurtu uniwersum Marvela. Mimo wszystko bawiłem się na nim bardzo dobrze choć chwile zajęła mi adaptacja do użytej formy prowadzenia narracji i wyrażając tą wartość w liczbach wynosiła by ona 8/10 z minusem, bo zdecydowanie na 7 w żadnym wypadku ten film nie zasługuje.