Ready Player One lub raczej Player One po przerobieniu tytułu na polskie realia. Taka moda ostatnio. Jak nie ma jak za bardzo przetłumaczyć tytułu to albo się doda – jak Han do Solo – albo odejmie – jak w tym przypadku. Nie wiem czy to dobra zmiana czy zła, ale wciąż zmiana. Inaczej można by zarzucić polskiej dystrybucji, że nic nie zrobiła z tytułem. Choć z drugiej strony dlaczego nie Pierwszy Gracz? Skoro Wirujący Seks aka Dirty Dancing czy Nieśmiertelny aka Highlander przeszły to i tu by dało radę. No dobra, czepiam się. Player One w tej formie to wciąż hołd składany początkom (i nie tylko) gier komputerowych i maksymalnie co dało się zrobić z tym tytułem to zostawić jego najważniejszą część, bo inaczej można by było mówić już o profanacji.

Od początku było jasne o czym będzie ten film choć nie było dla mnie w pełni sprecyzowane dla kogo. Co ciekawe. Podczas seansu miałem wrażenie, że równie dobrze mogłem film oglądać w domu, w niedzielne popołudnie, konsumując legendarnego schabowego z kapustą i ziemniakami. Takie popołudnie filmowe gdzie przypomina się hit sprzed nastu lat. Niedziela się nawet zgadzała, ale film bynajmniej jest jak najbardziej świeży. W pewnym stopniu problemem jest to, że nie ma w świecie przedstawionym nic odkrywczego lub wizjonerskiego. Ani technologia, ani sposób jej wykorzystania nie jest czymś specjalnie nowym. Jedynie co scenariusz amplifikuje to poziom immersji. Choć jest w tym wszystkim wiele umowności, która z oczywistych względów ułatwia prowadzenie fabuły. Jest to też dużej mierze kwestia tego, że jest to adaptacja książki Cline’a Ernest’a z 2011 r. o tym samym oryginalnym tytule.

Dla mnie osobiście koncept gdzie znacząca część historii rozgrywa się w świecie gry komputerowej nie jest nie tyle czymś nowym to nawet wręcz trochę oklepanym. Z tego schematu na długo przed książką korzystali już inni. Pierwszą myślą był .hack//SIGN z 2002 r., a następną (trochę świeższy) Sword Art Online z 2012 r. Wprawdzie nie sądze by Speilberg wzorował się choć trochę na którejkolwiek z tych pozycji to wciąż można znaleźć w zestawieniu elementy wspólne, więc też nie mogę tego w stu procentach wykluczyć. Tak to już jest, że zawsze się znajdzie jakiś azjata, który zrobi to lepiej ?.

Wspomniałem, że nie specjalnie wiedziałem do kogo jest kierowana ta historia, prawda? Otóż dalej nie wiem ?. Z jednej strony jest to skrojona w dużej mierze pod młodszego widza patetyczna opowieść z prostymi do zrozumienia hasłami i morałami w stylu Disneyowskich animacji. A z drugiej strony jest to “mrugnięcie okiem” w stronę ludzi, którzy wychowali się w czasach powstawania tej branży. Choć pojedyncze “mrugnięcie okiem” nie oddaje dobrze tej myśli, bo jesteśmy wręcz bombardowani nimi (tymi mrugnięciami) od początku do końca i z każdej możliwej strony. Jest tutaj cała plejada nawiązań, przerysowań, wstawek czy też bezpośredniej kopii. Fanatycy szukania wszystkich smaczków jakimi są naładowane niektóre sceny będą mieli spore pole do zabawy. Ja pomimo całej mojej geekowskiej wiedzy jestem przekonany, że też bardzo wiele nie wyłapałem. Jest nawet sekwencja nawiązująca do totalnej klasyki horrorów. Nawet się zdarzyło u mnie, że matka zasłaniała dziecku oczy, bo pewnie bała się, że młody nie będzie potem mógł spać przez to w nocy ?.

W filmie przede wszystkim podobał mi się w właśnie ten hołd jaki był składany branży gier i jej różnym aspektom. Aż trudno uwierzyć, że za tym przesiąkniętym młodzieńczą energia filmem stoi przeszło siedemdziesięcioletni reżyser, który nie tyle z dużym wyczuciem czerpie wzorce z różnych ikon popkultury to jeszcze dał mi poczucie, że naprawdę ją rozumie. A co najważniejsze nie próbuje komukolwiek wmówić, że “kiedyś było lepiej”.

Niestety nie ma w filmie aktorskich fajerwerków. O ile w scenach opartych na CGI nie ma to większego znaczenia, to kiedy przechodzi się do realnego świata to jest trochę poziom właśnie Disneyowskich filmów dla młodzieży. Jedynym godnym wyróżnienia aktorem jest Mark Rylance w roli twórcy tego wirtualnego świata James’a Halliday’a. Reszta po prostu jest. Pasują, robią swoje, ale nie pozostawiają większego wrażenia.

Mam też mały problem z zakończeniem. Samo rozwiązanie akcji i jakieś podsumowanie są jak najbardziej satysfakcjonujące. To jest parę scen, które były dla mnie trochę dziwne, wręcz niepasujące i burzące cały obraz. Być może to prywatne odczucie, ale nie za bardzo mogę więcej o tym opowiedzieć zważywszy na to, że to jeden wielki spoiler zakończenia.

Player One jest filmem specyficznym i zdecydowanie nie dla każdego. O ile fani wesołej rozwałki powinni się raczej dobrze bawić to z kolei rodzicami, którzy nie specjalnie rozumieją ten popkulturowy miszmasz z naciskiem na branżę gier mogą nie złapać odpowiedniego do niego dystansu i źle zinterpretować wpływ gier na prawdziwe życie. Tak naprawdę ani nie polecam, ani nie odradzam. Wydaje mi się, że potencjalny widz wie dlaczego mógłby chcieć się wybrać na seans i posiada odpowiedni stopień popkulturowej wiedzy by się na nim dobrze bawić. Obiektywnie to można się skłonić bliżej oceny 6-7/10, ale uwzględniając poziom rozrywki jaką dostarczył mi pełny obraz to 8/10 jest dla mnie bardziej uczciwą oceną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *