Przygotowania do eventu rozmiaru Grand Prix zaczynają się dużo wcześniej niż przed samym wyjazdem. Nie było inaczej i tym razem. W przerwie od Diablo 3 i One Piece: Pirate Warriors udało mi się zaliczyć GPT w Krakowie i Warszawie. Jako, że ta relacja skupia się głównie na samym GP Lyon to jedyną rzeczą wartą przekazania jest fakt, że na tych eventach byłem typowym chłopcem do bicia (w zasadzie potrafiłem wygrać tylko z byem). Zmusiło mnie to do przemyślenia swojej decklisty i sensu grania w ogóle w te karty.
W środę po godzinie 20:00 skończyłem pracę, zabrałem spakowane dzień wcześniej rzeczy i wyruszyłem do Krakowa na nocny testing u Tomasza “Ptaka Nakręcacza” Treppy (przy okazji wyjazd tego dnia zmniejszał szanse na ewentualne problemy komunikacyjne ze względu na zbliżające się święto). Na miejscu znajdowali się już kolejni bohaterowie podróży (Andrzej “Łysy“ Łysek, Philipp “Ensen” Ten Elsen i Grzesiek Polkowski) jak i kilka postaci epizodycznych (Tomek Treppa, Jakub “Janeczek” Janeczek i Mikołaj Dąbrowski).
Wbrew wszystkiemu, czego się spodziewałem, pograliśmy nawet naście gier, pośmialiśmy się z głupich sytuacji, skomentowaliśmy przejęcie Gwiezdnych Wojen przez Disneya oraz obecności trotylu (był trotyl to był, więc po co drążyć temat) oraz zdeklarowałem się, że jak nie zrobię topa, a najlepiej wygram GP to kończę z graniem w karty (w zasadzie to od razu zacząłem się zastanawiać, któremu trejderowi na miejscu odsprzedam wszystkie karty…) i jakoś noc minęła. Do tego nasz kochany Philipp nie chwaląc się swoimi artystycznymi zdolnościami zaprezentował nam swoją niezwykle klimatyczną alterację: Słabość Anioła i Potęga Demona (niestety treść nie nadaje się do publikacji 😉 ).
W tym miejscu warto wspomnieć, że Janeczek i nieobecny Michał “Promil” Lewicki jako jedyni posiadacze trzech bye’ów z graczy z Krakowa nie pojechali na event, bo wysypał im się transport w ostatnim dniu przed wyjazdem. Jest to związane z jakąś klątwą, której niestety nie znam, więc nie przytoczę.
Następnego dnia Tomek jak przystało na gospodarza zaserwował nam śniadanie mistrzów w takim stylu, że Ensen zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem związek homoseksualny to nie jest taki zły pomysł (możliwe, że spanie razem tej nocy z Łysym też mogło być bodźcem do jego przemyśleń). Tego dnia zaczęliśmy przekonywać Grześka, że wybór UB Wróżek jako decku na jego pierwsze GP to nie jest najlepszy pomysł, a wszelkie próby naprawienia tego decku sprowadzały się do wywalenia wszystkich poza jedną wróżką, co oczywiście bardzo mu się nie podobało, ale ja czułem, że pod takim naciskiem jeszcze ulegnie.
Początek podróży mieliśmy ustalony z Katowic, gdzie Łukasz “Eomer” Błaut miał czekać na nas swoją limuzyną. W Katowicach okazało się, że nad Eomerem też ciąży jakaś klątwa i trochę się spóźni, bo musiał przejść dwie kontrole policyjne. Na szczęście ostatecznie udało mu się do nas dotrzeć. Zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy do Lyonu. Po zainstalowaniu sobie w uchu odtwarzacza mp3 dość szybko w słuchawkach zagrało mi The Gathering – „Never Was”, której to liryka czułem, że jeszcze powróci do mnie podczas eventu. W zasadzie nic szczególnego po drodze się nie działo. Trochę czasu minęło na graniu w wymyśloną prze ze mnie grę, gdzie jedna osoba znajdowała w pudełku kartę i reszta ekipy próbowała odgadnąć, co to za karta zadając naprzemiennie pytania tej osobie, na które mogła odpowiedzieć tylko tak lub nie.
Tysiąc sześćset kilometrów, naście energetyków i parę przystanków później byliśmy już w Lyonie. Znaleźliśmy nasz hostel i zajechaliśmy na parking niedaleko miejsca noclegu. Po rozbitej tylnej szybie na jednym z zaparkowanych samochodów wiedzieliśmy już, że to bezpieczna okolica, bo przecież piorun nie uderza dwa razy w to samo drzewo.
Hostel nie zawiódł, był czysty, z dobrym wyposażeniem, z wi-fi i nie dopłacaliśmy do piątej osoby, która po uczciwym (tak uczciwym, że za każdym razem jak to czytam, to się uśmiecham) głosowaniu spała na podłodze.
Ogarnęliśmy się trochę, rozpakowaliśmy, a następnie zaczęliśmy szperać po necie za decklistami sprawdzając, co nowego w wielkim świecie. Planowaliśmy zagrać tego dnia jakieś GPT, więc zaczęły się wybory decków. W Grześku coraz bardziej rozkwitało zasiane ziarnko niepewności co do grania Wróżkami, ale jeszcze nie był do końca przekonany. Eomer wciąż nie wiedział, czym ma zamiar grać i przechodząc wcześniej (naście dni przed eventem) ewolucje z Trona i Affnity, doszedł do Gifts Banta, a ostatecznie złożył Dark Gifts Banta z upatrzonej w hostelu decklisty. Łysy miał plan zagrania pierwsze Ryboludźmi, a potem jakimś Tribal Flames Delverem czy jakimś takim cudem w celu sprawdzenia, co będzie lepiej siadało. Ensen od początku był zajawiony na BUG Midrange, tak jak i ja byłem od początku nastawiony do grania Jundem. Tak przygotowani i uzbrojeni pojechaliśmy na site.
Przed dotarciem na miejsce turnieju szybko zorientowaliśmy, jaka na małych krętych francuskich drogach jest różnica między czerwonym, a zielonym światłem. Na zielonym po prostu jest minimalnie mniejsza szansa, że zaraz ktoś w Ciebie wjedzie. Tyle wymuszeń i mówiąc żargonem z Burnouta (PS3) – „near missów”, to dawno na oczy nie widziałem. Ostatecznie udało się bez bliższych kontaktów dojechać do zjazdu na podziemny parking, który był tak stromy, że nie byliśmy pewni, czy za horyzontem przypadkiem nie ma wielkiego kanionu. Na szczęście nie było, ale zaczęliśmy mieć podejrzenia co do ceny parkingu, bo za dużo samochodów to nie widzieliśmy, a jeśli już, to porsche lub inne lamborghini.
Na miejscu pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było udanie się do trejderów ogarnąć parę kart. Po drodze spotkaliśmy Kaję „Axcel” Federowicz, do której się uśmiechnąłem niczym Grinning Demon, bo z tego co się orientowałem, to prawdopodobnie będzie jedyny przyjaciel po czarnej jak sędzia stronie mocy, a kto wie ile razy przyjdzie mnie zupełnie nieumyślnie oszukać na swoją korzyść swoich przeciwników (pozdrowienia dla mojego odwiecznego rywala i kolegi Urlicha). Spotkaliśmy jeszcze jak to określił Ensen „psa Świnię” i gościa, którego kojarzę z ekipy Słonia, więc Zoo pełną parą.
Na site znaleźliśmy własne cztery kąty tworzące stół i zaczęliśmy spisywać decklisty na najbliższe GPT. Znaczy: kto pisał to pisał, ja swoją decklistę już miałem wydrukowaną w poniedziałek, więc nie straszne mi były żadne organizacyjne przedturniejowe stresy (o jakże się wtedy myliłem, ale o tym później). Docelowo to miałem nie grać tego GPT, ale skoro już posiadałem dwa wydruki spisu, to niech stracę to 8 euro, może akurat spotkam jakiegoś Polaka i na drodze psychicznego terroru mi się podłoży jak człowiek. Miałem w sumie jeszcze wcisnąć na side jakieś Jund Charmy, ale stwierdziłem, że tak jest dobrze i na teraz nie będą potrzebne.
Rozpocząłem swoją pierwszą rundę GPT. Przywitałem się z moim przeciwnikiem i jego combem w czwartej turze umierając od Grapeshot z flashbacka i przeszliśmy do drugiej gry. Wysidowałem 2x Terminate i 2x Maelstrom Puls’y i wrzuciłem 1x Surgical Extraction, 1x Abrupt Decay i 2x Slaughter Games, które to kulturalnie doszły z czuba i zdążyłem zagrać dzięki Deathrite Shaman w trzeciej turze nazywając Past in Flames. Po przełknięciu gorzkiego smaku, jaki poczułem po przeglądnięciu talii przeciwnika spotykając tylko jedne Past in Flames poszukałem jakie ma w decku win condition i znalazłem 2x Empty the Warrens i 1x Grapeshot. Szybko zrozumiałem, że bez Jund Charmów i Maelstrom Pulse’ów zmierzenie się z goblinami może być trudne, ale przeciwnik szybko skrócił moje rozterki i dobrał Grapeshot, który wraz z widzianym przed chwilą Pyromancer’s Swath i znaczącym storm countem pokazał mi, co myśli o moich punktach życia i na tym zakończyłem swój występ na GPT.
Mając dużo wolnego czasu poszukałem innych, żeby zobaczyć, jak im poszło. Wszyscy powygrywali swoje po za Eomerem, który grał z BRw Lasery. Oglądając jego grę mieliśmy okazję pokazać Grześkowi klasyczny przykład jak nie zabijać Lightning Boltem 2/3 Tarmogoyfa bez instanta w grobach. Oprócz tego gra była na tyle nudna, że uciekliśmy z oglądania jej. Eomer szybko do nas dołączył opowiadając jak to z Obstinate Baloth na ręce i 18 życiami, przeciwnik sprzedał mu 9 obrażeń z końcem jego tury i 9 w swojej. W kolejnych rundach poopadała reszta i Eomer znowu przegrał w pierwszej rundzie następnego GPT. Ja nie dałem się namówić na dalszą, jedna gra ze Stormem dała mi taką pokaźną dawkę informacji, że wystarczyło materiałów do analizy na cały dzień. Do tego łudziłem się, że po pięciu miesiącach grania w Diablo pewnie mam tego jednego bye’a. Jedyną osobą na placu boju okazał się Łysy, który przez cały dzień grał to pierwsze GPT, aż w końcu je wygrał zgarniając trzy bye. Czekając na sukces Łysego pograłem jeszcze trochę z Eomerem z jego Dark Giftsem w sumie gardząc jego deckiem tak bardzo, że zacząłem go w głowie przerabiać, bo to co robił mu mój Deathrite Shaman było tak przerażające, że coś z tym deckiem trzeba było zrobić przy okazji praktycznie już przekonując Grześka, żeby nie grał jutro tymi UB Wróżkami.
Po całym dniu gry wraz z sukcesem Łysego wróciliśmy do hostelu. Na miejscu każdy miał nastawienie, że trzeba coś zrobić ze spisami na jutro, jak nie zmienić ich całościowo. Łysy był zły trochę o to, że nie pograł przygotowanym drugim deckiem i ciężko będzie mu teraz zagrać czymś innym niż Rybami, skoro nimi wygrywał cały dzień. Grzesiek wreszcie przełamał się całkowicie i razem z pomocą Łysego, który ma doświadczenie z tego typu deckami zaczęli rozkminiać dla niego Dredgevine z roboczą nazwą Vengevagina. Ensen rozmyślał, co by tu w spisie uciąć, by dodać Doom Blade i moją propozycję by grać 61 kart powiedział, że tak nie zrobi, bo Longer mu kiedyś powiedział, że 61 kart grają tylko typki, co nie wiedzą co uciąć z decku. Mnie przekonano, że muszę grać Jund Charmy i dołożyłem do side zamiast 1x Surgial Extraction i 1x Darkblast. W między czasie rozłożyłem deck Eomera na części i zacząłem kminie, co by tu zrobić, by tak strasznie nie obessał na swoim pierwszym GP. Po dłuższej analizie zacząłem prezentować swoje zmiany i przerobiłem deck na WBG Junk bez tak oczywistych kart jak Kitchen Finks, Restoration Angel czy Loxodon Smiter, po co komu taki crap. Spis się Eomerowi spodował i po małym tweakingu i wspólnym rozkminianiu side doszliśmy do finalnego spisu:
WBG Junk – Lyon Edition
Podczas naszych ciężkich rozważań zaproponowałem Łysemu, by do ryb dorzucił tak jak kiedyś w Legacy singlowe Mishra’s Factory to w Modernie singlowy Blinkmoth Nexus, by podpakowywać swojego Mutavault. Zaświeciły mu się wprawdzie oczka, ale ostatecznie po długich negocjacjach nie dał się przekonać i oficjalnie przestał być już tego dnia moim kolegą. Wprawdzie trochę mu wybaczyłem, gdy zapytał mnie o propozycję karty na side na Junda i tym razem uznał wyższość mojego geniuszu i wrzucił w spis proponowanego prze ze mnie Redirecta, to mimo wszystko niesmak pozostał. Po wszystkich tych chwilach analiz i genialnych myślach poszliśmy wreszcie spać.
Nie przypuszczałbym nigdy, że ten dzień zacznie się tak fatalnie, a skończy się tak dobrze. To co się działo momentami w mojej głowie to rzecz nie do opisania, nieustanna walka ze własną psychiką i stawianiem sobie poprzeczki tak wysoko, jak się tylko dało. Nie chciałem, by ta historia skończyła się jako kolejne „bad beat story” o floodach, screw, mulliganach do czterech. Robiłem, co mogłem i wygląda na to, że się udało, ale po kolei.
Na site zaraz przed rozpoczęciem eventu usiedliśmy przy stoliku sprawdzając, czy wszystko na decklistach się zgadza, dojadając śniadanie i motywując się, że to jest ten dzień. Po sprawdzeniu swojej decklisty i położeniu jej przed siebie na stoliku byłem pewny, że jestem przygotowany mentalnie na ten turniej. W tym czasie zwołał mnie do siebie Eomer z Ensenem, bym pomógł mu rozpisać sidowanie się do jakby nie było wymyślonego prze ze mnie Junka. Spisaliśmy, ile tylko się dało możliwych matchupów, aż w końcu usłyszeliśmy annoucment o wywieszeniu sitingów. Nie zastanawiając się długo każdy ruszył w swoją stronę.
Po dłuższej chwili poszukiwań wreszcie zorientowałem, że pierwsza litera mojego nazwiska jest przed „Q” i nareszcie mogłem się udać na miejsce. Po drodze obserwując już w większości siedzących graczy dotarło do mnie, że zapomniałem zabrać mojej ostatniej przygotowanej kopii decklisty na ten turniej. Pobiegłem szybko tam, gdzie przed chwilą siedziałem, ale niestety wszystkie te stoły już wyglądały tak samo. Biegłem od stołu do stołu czy przypadkiem nie ma tam mojej listy sprawdzając przy okazji okoliczne kosze na śmieci, ale niestety nikt nic nie widział, już się kończył czas siadania na miejsce, więc nie miałem wyboru i popędziłem na swój stołek po drodze zagadując sędziego o zaistniałej sytuacji, który po zweryfikowaniu czy mam na czym pisać odpowiedział szybko i w trybie rozkazującym: „Write!”. Nie zastanawiając się dłużej pobiegłem robić co mogłem, by nie przegrać tego turnieju przed jego rozpoczęciem. Widząc mnie siedzący niedaleko Grzesiek jeszcze bardziej się zestresował, kiedy ja już cały spocony i zdenerwowany wydzieram się do niego, że zgubiłem decklistę. Szybko usiadłem, wyciągnąłem kartkę i długopis i zacząłem drukować spis z ręki. Robiłem to z taką prędkością, że w połowie mięsnie dostały takiego skurczu, że nie mogłem inaczej ruszać ręką niż robić to całym ramieniem. Porzuciłem w tym momencie charakter pisma i zacząłem robić znaczki, które to będzie się dało jakkolwiek rozszyfrować, że akurat o tę kartę mi chodziło, modląc się do tego samego patrona co Duo kiedy spisuje deck 10 minut za późno. Na szczęście w tym czasie reszta uczestników czytała i podpisywała pisma zaświadczające o tym, że jest się osobą pełnoletnią lub nie i zgadza się łamanie swoich praw człowieka na tym turnieju, a następnie wykorzystania jako elementu ludzkiej stonogi i tylko dlatego udało mi się zdążyć spisać deck jeszcze szybciutko przeglądając fizycznie talię, czy nie zapomniałem o jakiejś karcie.
Byłkowy Pro Jund
Moheissen, Fabien [FRA], miejsce w końcowych standingach: 249, deck: Infect
Pora zacząć pierwszą rundę turnieju. Wiem, że jest źle. Jestem zdenerwowany wcześniejszymi wydarzeniami. Pot jeszcze leci mi z czoła. Nie wiem, co sobie o mnie myśli przeciwnik, ale nie jest zbyt rozmowny, więc powoli w ciszy dochodzę do siebie. Przegrywam rzut kostką. Oboje zatrzymujemy siódemki. Fabien wystawia Misty Rainforest, szuka odtapowane Breeding Pool i zagrywa Noble Hierarcha. Ja w swojej tylko Treetop Village i jestem przekonany, że gram z Bantem. Fabien land i pozwala mi grać. W następnej swojej turze dogrywam land i Abrupt Decayem zabijam Hierarcha. Fabien następnie zagrywa Blighted Agenta i już wiem, że o czymś zapomniałem rozpisując Eomerowi matchupy. Próbuje jeszcze coś rzeźbić w tej grze, ale moja ręka była za wolna dla Infecta i ostatcznie ginę od drugiego Blighted Agenta z Rancor i z Groundswellem.
0-1
Sideboard: Szukam desperacko w sideboardzie Darkblasta, ale go niestety nie znajduje wyklinając pod nosem Ensena. Czuje się bardzo słabo w tym MU, bo zapomniałem zupełnie o nim i nie wymyśliłem nic zbyt sensownego w side. Zdenerwowanie i zaskoczenie nie pozwoliło trzeźwo myśleć.
Out: 1 Liliana of the Veil, 3 Kitchen Finks
In: 2 Jund Charm, 2 Ancient Grudge
Zatrzymujemy siódemki. Grę rozpoczynam z Lightning Boltem na ręce i Blackcleave Cliffs w stole. Zabijam pierwszego Glistener Elfa Fabiena, ale nie potrafię zatrzymać presji Blighted Agenta i Inkmoth Nexusa i przyjmuje kolejne znaczniki trucizny. Dochodzi do momentu, kiedy to Fabien ma na stole Noble Hierarcha i Inkmoth Nexus, jedną kartę na ręce, a ja 7 trucizn na sobie. Mylę się przy zagraniu Liliana of the Veil i przez pomyłkę kładę na stół Maelstrom Pulse i celuje w Nobla. Ginę w następnym ataku od powiększonego Inkmoth Nexusa.
0-2, punktów po pierwszej rundzie: 0
Thierry, Nicolas [FRA], miejsce w końcowych standingach: 1096, deck: Jund
Wygrywam rzut kostką i obydwaj zatrzymujemy siódemki. Startuje z Verdant Catacombs znajdującego Blood Crypt i zagrywam Inquisition of Kozilek w inkwizycję Nicolasa. Następnie trwa standardowy mirror Jundów, czyli zagrywanie stwora i removal w niego do momentu aż skończą się surowce. W zestawie przeciwnika cieszy obecność Victim of Night i Raging Ravine. Ostatecznie wygrywam przez atak dwoma Treetop Village.
1-0
Sideboard: Bardzo prosty i schematyczny dla mnie sideboard nie zastanawiając się z długo przechodzę do czynów.
Out: 3 Liliana of the Veil, 4 Dark Confidant, 3 Thoughtseize
In: 2 Obstinate Baloth, 2 Olivia Voldaren, 2 Jund Charm, 2 Abrupt Decay, 2 Fulminator Mage
Przeciwnik zatrzymuje siódemkę, ja mulliganuje one landera do solidnej ręki z Deathrite Shamanem, fetchem, landem, Tarmogoyfem, Lightning Bolt i potencjalnym Bloodbraid Elfem w trzeciej turze. Po dobraniu w swojej pierwszej Inquisition of Kozilek i zagraniu kontrolowałem już grę. Bloodbraid Elf w swoim ostatnim ataku skaskadował Fulminator Mage, który zniszczył Raging Ravine Nicolasa i gra się skończyła. Po zakończonym meczu przeciwnik pokazał, że wsideował na mnie 4 Obstinate Baloth. Nie wiem jak on to upchał, ale Lilana of the Veil tylko się uśmiechnęła z mojego sideboardu.
2-0, punktów po drugiej rundzie: 3
Brambilla, Davide [ITA], miejsce w końcowych standingach: 339, deck: Storm
Wygrywam rzut kostką. Obydwaj mulligan do szejściu. Szybka inkwyzycja przypomniała mi co się działo wczoraj na GPT i wyrzuciłem Sleight of Hand, a elf shaman z elfem kaskaderem wypluli Liliana of The Veil w trzeciej turze. Davide został postawiony w sytuacji, która pokazywała już na granie drugiej gry.
1-0
Sideboard: Po przeanalizowaniu wczorajszej gry i tym razem obecności Jund Charm w decku zdecydowałem się na taką zamianę.
Out: 3 Liliana of the Veil, 2 Terminate
In: 2 Jund Charm, 2 Slaughter Games, 1 Obstinate Baloth
Zatrzymałem solidną siódemkę, a przeciwnik mulliganował do czwórki. Davide zagrał land i oddał mi turę, a ja przywitałem go Inquisition of Kozilek i pokazał mi 2 Seething Song i 1 Desperate Ritual. Wybrałem rytuał. Nie narzuciłem w tej grze jakieś kosmicznej presji i odbudował w miarę rękę zagrywając Empty the Warrens i tworząc sześć goblinów trzymających go przy życiu do zbudowania kolejnej ręki i nabicia grobu. Ostatecznie sprawa się rozwiązała po moim Jund Charmie w odpowiedzi na Past in Flames.
2-0, punktów do trzeciej rundzie: 6
Campanini, Tommaso [ITA], miejsce w końcowych standingach: 246, deck: Infect
Bardzo słabo pamiętam przebieg tej rundy, wiem tylko, że powrócił niczym Recurring Nightmare koszmar z pierwszej rundy oraz po raz kolejny zapłakałem nad brakiem Darkblasta i generalnie czułem się strasznie bezsilny, ale trochę dłużej pomyślałem nad sideboardem i udało się urwać drugą grę przez totalne nic ze strony Tommaso.
Out: 3 Liliana of the Veil, 3 Kitchen Finks
In: 2 Jund Charm, 2 Ancient Grudge, 2 Abrupt Decay
0-2, punktów po czwartej rundzie: 6, grinder mode on
Lessmann, Richard [DEU], miejsce w końcowych standingach: 968, deck: Jund
Przegrałem rzut kostką. Obydwoje zatrzymaliśmy siódemki. Richard narzucił mi jakieś kosmiczne tempo i w tej grze prawie nic nie zrobiłem. Szybko przeszliśmy do drugiej gry.
0-1
Sideboard: Mirror jundów robię z pamięci i zawsze wygląda to tak samo jak przeciwnik nie pokaże mi czegoś niestandardowego.
Out: 3 Liliana of the Veil, 4 Dark Confidant, 3 Thoughtseize
In: 2 Obstinate Baloth, 2 Olivia Voldaren, 2 Jund Charm, 2 Abrupt Decay, 2 Fulminator Mage.
Richard zatrzymał siedem kart, ja zostałem zmuszony do mulligana prze zero i one landera. Dalej gra wygladła podobnie jak w drugiej rundzie tego turnieju. Walka na surowce i kto to zrobi lepiej. Bardzo uszczęśliwił mnie widok Victim of Night w tej grze, od razu poczułem się pewniej.
1–1
Koleżanka Richarda, która obserwowała naszą drugą grę poinformowała mnie, że jej się podobała nasza gra i zostanie jeszcze na kolejną pooglądać, bo podobno Richard ma duże szczęście i może być fajnie w mirrorze. On zatrzymał swoją siódemkę, a ja podczas mulliganowania się do sześciu przekazałem jej, że wcześniej też wygrałem z mulligana do sześciu i czuję się bardzo pewny zwycięstwa. Po zatrzymaniu dwóch Lightning Bolt w ręce zaczęliśmy grę. Richard rozpoczął Treetop Village, ja nie będąc gorszy zrobiłem to samo. Następny ruch mojego przeciwnika to był Dark Confidant. W swojej dorzuciłem Deathrite Shaman i spaliłem Darka. Nieustępliwy Richard dorzucił drugiego Dark Confidant, ja w swojej powtórzyłem ruch patrząc z podniesioną głową stronę koleżanki Richarda i przekazując co miałem na myśli parę chwil wcześniej, ale tym razem zestaw był powiększony o Tarmogoyfa. Rzuciłem jeszcze potem parę potworów pod removal Richarda aby ostatecznie zakończyć grę Olivia Voldaren z 4 counterkami i Tarmogoyfem przeciwnika, który zdążył mi jeszcze pokazać, że posiadał na ręce Victim of Night. Podziękowałem w myślach bogom medżika ze net deck i Watabane, że zrobił tą kartą finał na Pro Tourze.
2–1, punktów po piątej rundzie: 9
Rizzi, Giuseppe [ITA], miejsce w końcowych standingach: 916, deck: Infect
Koszmar powraca po raz trzeci, ale tym razem jestem bardziej zmotywowany pewniejszy siebie. Jeżeli przegram, odpadam. Nie mogę do tego dopuścić muszę wygrać. Tak jak większość gier z infectem kojarzę tylko mniej więcej czy zabił mnie w trzy tury czy nie. Nie pamiętam przebiegu pierwszej gry poza faktem, że zaczynałem i po raz pierwszy wygrałem małą grę z infectem.
1-0
Sideboard: Pierwszy mały sukces osiągnięty w grach z infectem. Zbierając doświadczenie z wcześniejszych gier kolejny poziom sidowania się został osiągnięty.
Out: 3 Liliana of the Veil, 3 Kitchen Finks, 1 Eternal Witness, 1 Bloodbraid Elf
In: 2 Jund Charm, 2 Ancient Grudge, 2 Abrupt Decay, 2 Fulminator Mage
Pamiętam tyle, że Giuseppe zaczął z Glistener Elfa, który szybko dostał Lightning Bolt. Potem dorzucił Inkmoth Nexus i Noble Hierarch, a ja Dark Confidant. Wbił mi tam pięć trucizn z Giant Growth i Darek rozpędził się. Nie dobrałem w tej grze żadnego innego stwora, a każdy przeciwnika od momentu wejścia w stół nie miał nawet okazji nawet zablokować Darka. Po paru kolejnych turach Dark Confidant zakutał Giuseppe i wygrywając po raz pierwszy mecz z infectem.
2-0, punktów po szóstej rundzie: 12
Morizet, Matthieu [FRA], miejsce w końcowych standingach: 696, deck: Hive Mind
Z mojej perspektywy to była bardzo ciekawa i zabawna gra, bo do końca nie byłem pewny, czy to jest to, o czym myślę. Z tego co pamiętam to ja zaczynałem, a obydwoje zatrzymaliśmy siódemki. Po pierwszej inkwizycji Matthieu po kolei wykładał karty na stół, kiedy jako pierwszy ukazał się Seething Song byłem przekonany, że będzie to kolejny Storm, ale za chwilę obok pokazał się Pact of Negation i Pact of the Titan co wskazywało ku mojemu zaskoczeniu, że to musi być Hive Mind. Lata grania w Legacy wreszcie się przydały i od razu sobie w głowie wymyśliłem potencjalny spis. W ręce znajdował się jeszcze Pentad Prism, Sleight of Hand. Wycelowałem w niebieski sorcery spell. Wiedziałem, że oprócz patrzenia Matthieu okazyjnie na rękę i napierania stworami nie mam innego planu to konsekwentnie tę strategię realizowałem. Doprowadziłem ostatecznie do sytuacji gdzie przeciwnik miał 7 żyć, a ja odtapowanego Deathrite Shaman i Lightning Bolt na ręce, więc nawet jak się skręci to w odpowiedzi na trigger pacta będę wstanie wygrać, ale nawet to się nie stało i po prostu wygrałem.
1-0
Sideboard: Plan podobna jak na Storma, więc nie było za dużo do myślenia.
Out: 2 Terminate, 1 Abrupt Decay, 3 Liliana of the Veil
In: 2 Ancient Grudge, 2 Slaughter Games, 2 Jund Charm
Startowa ręka miała w sobie Slaughter Games i 3 landy, więc było duże prawdopodobieństwo rzucenia go w czwartej turze. W między czasie podglądnąłem Thoughtseizem rękę przeciwnika zauważając Hive Mind, wiedziałem, że jak dobiorę land to gra powinna się skończyć. Wreszcie w swojej czwartej stopdeczyłem tego landa i zagrałem Slaughter Games nazywając Hive Mind. Po przeglądnięciu decku przeciwnika wiedziałem, że nie ma żadnego innego win condition i reszta gry to był spacerek. Matthieu stawiał jeszcze chwilę opor 4/4 Gigantem, ale jeden vanilla potwór nie jest wstanie zatrzymać Junda. Po wygranej grze opponent poinformował mnie, że póki co byłem jedną dziś osobą, która nie czytała jego kart i wiedziała co robi – łechtając moje ego i dodając mi parę punktów do pewności siebie, że ten dzień jeszcze się może udać.
2-0, punktów po siódmej rundzie: 15
Temoins, Sylvain [FRA], miejsce w końcowych standingach: 514, deck: WB Tokens
Sylvain i ja zatrzymaliśmy siódemki, ale on wygrał rzut kostką to rozpoczął jako pierwszy. Po odpaleniu Marsh Flats byłem przekonany, że to jedno z tych gęsto obecnych tego dnia Soul Sisters, jednak zanim zdążyłem to zweryfikować zostałem zakutany duszkami z Lingering Souls i Spectral Procession. W grze również pokazał się Tidehollow Sculler.
0-1
Sideboard: Miałem różne podejrzenia czym ten deck może grać, więc po przeanalizowaniu za i przeciw zdecydowałem się na coś takiego.
Out: 3 Liliana of the Veil, 3 Thoughtseize, 4 Dark Confidant
In: 2 Jund Charm, 2 Obstinate Baloth, 2 Olivia Voldaren, 2 Abrupt Decay, 1 Ancient Grudge, 1 Fulminator Mage.
Tę grę można opisać jednym zdaniem. Zagrałem inkwyzycję, Sylvain pokazał mi jakiego one landera zatrzymał po czym gra się skończyła na moją korzyść.
1–1
Trzecia gra już nie była taka prosta. Obydwaj mieliśmy mulligan do pięciu i po wyniszczającej wymianie removalu i stworów przywitałem w swojej ręce Olivia Voldaren, która z dwoma Path to Exile w grobie przeciwnika była czymś czego deck na tokenach 1/1 nie jest wstanie przeskoczyć.
2–1, punktów po ósmej rundzie: 18
Kaarls, Leonard [NLD], miejsce w końcowych standingach: 263, deck: Affinity
Ostatnia gra dnia pierwszego. Po tym wszystkim, co ja dziś przeżyłem, to się nie mogło nie udać. Nie mogłem teraz tego przegrać, po prostu się nie dało. Zaczynający przeciwnik trochę mnie wystraszył, bo pierwsze myślałem, że znowu gram z Infectem widząc Inkmoth Nexus w stole, a potem bałem się macao ze strony Leonarda. Jednak los się tym razem nade mną zlitował. Nigdy nie widziałem tak kontrolnie grającego Affinity, no po prostu nigdy. Tu nawet nie ma co opisywać. Przeciwnik cały czas prezentował mi różnego rodzaju kwiatki i robił według mnie wszystko to, czego się tym deckiem nie powinno robić
Sideboard:
Out: 3 Liliana of the Veil, 3 Toughtseize, 3 Inquisition of Kozilek, 1 Eternal Witness
In: 2 Jund Charm, 2 Ancient Grudge, 2 Abrupt Decay, 2 Fulminator Mage, 2 Obstinate Baloth
2-0, punktów po dziewiątej rundzie: 21, grinder mode off, witamy w day 2!
Radość z sukcesu była ogromna, a wiara w zwycięstwo nagrodzona. Tego dnia między rundami oprócz moich gier jak to na GP, działy się różne śmieszne lub mniej sytuacje. Jedną z nich było to, że nie tylko ja miałem stresujący start z Polaków. Pechowcem okazał się też Witek „Świnia” Waczyński, który zostawił na chwilę bez opieki swoje karty i po powrocie okazało się, że ktoś się zachował strasznie świńsko i nie było paru Steam Vents czy Scalding Tarn, a turniej startował lada moment, ale nieustraszony Witek wykorzystując przebłysk geniuszu w trudnej chwili zastąpił braki landami w innych kolorach i dorzucił do spisu Gifts Ungiven, Unburial Rites i Iona, Shield of Emeria, tworząc prawdopodobnie pierwszą hybrydę Storma z Dark Giftsem. Drugą z kolei bardzo zabawną dla każdego poza Łysym była jego rozkmina, jak zablokować combo na Kiki-Jiki, Mirror Breaker, mając na ręce Phantasmal Image i Aether Vial z dwoma counterkami. Niestety ta sztuka mu się nie udała. Historie o tym jak działa legandary rule od tego momentu po wsze czasy będą krążyć po świecie i wracać do niego jak bumerang, a ja jako jego kolega nie omieszkałem przypominać mu o tym zawsze, kiedy była mowa o czymkolwiek legendarnym.
Po pierwszym dniu podsumowanie graczy z naszego samochodu wyglądały tak:
- Grzesiek Polkowski, z jednym bye, będąc na swoim pierwszym GP, grając Dregevine deckiem coś tam wygrał, coś tam przegrał (swoją drogą rozkminił w spisie, że będzie grał 3 Vegevine, bo 4 to za dużo, gratulujemy rewolucyjnego pomysłu)
- Philipp Ten Elsen, bez bye, będący na któryśtam z kolei na GP, grający BUG Midrange własnego pomysłu, coś tam wygrał więcej i coś tam przegrał tracąc szanse na day 2 w przebiegach
- Andrzej Łysek, z trzema bye, wygrywając single elimination GPT, będący na któryśtam GP, grający Mono U Rybkami, po drodze zaliczając legendarne zagranie, wyrzeźbił wyniki 6-3 przegrywając ostatnią grę o day 2
- Łukasz Błaut, z dwoma bye, będący na pierwszym GP, grający GWB Junkiem mojego autorstwa kończy wynikiem 7-2 dostając się tym do day 2
- Dariusz Przybyło, bez bye, będący na trzecim GP, grający Jundem, po drodze prawie zaliczając załamanie nerwowe, kończy z wynikiem 7-2 dostając się tym do day 2.
Po zakończonym dniu pierwszym udaliśmy się na zasłużony posiłek składający się z jednej z droższych pizz, jakie przyszło nam w życiu jeść i po przejechaniu slalomu gigant po francuskich drogach powróciliśmy do hostelu. Wiadomo, jak to po całym dniu grania – nikt nie był zmęczony i zanim się poszło spać, to trochę minęło, a bo to trzeba było decki na Legacy poskładać, a to co innego trzeba było ogarnąć, a bo to całe życie Facebooka ucieka, więc nikt nie próżnował. W głowie z tego wieczora najbardziej mi zapadły słowa Eomera wracającego z łazienki, który to z przerażeniem przekazuje nam informacje, że właśnie jego najczarniejszy koszmar się wydarzył naprawdę. Kiedy był sobie spokojnie w łazience nie wadząc nikomu, z pod prysznica nagle wyszedł czarny murzyn owinięty tylko w ręcznik i z mydłem w ręce. Nie było rady, trzeba było się ewakuować… i tym optymistycznym akcentem zakończę relację wydarzeń z dnia pierwszego.
Początek tego dnia był tak normalny, jak tylko się dało, a dojazd na site bezproblemowy i w zasadzie można przejść bezpośrednio do kolejnych gier.
Spano, Daniel [ITA], miejsce w końcowych standingach: 97, deck: UR Meloku’s Shackles
Wygrałem rzut kostką. Obydwoje zatrzymaliśmy siódemki. W moim startowym zestawie znajdował się Inquisition of Kozilek oraz Thoughtseize, więc nie czekając długo zaglądałem co tam słuchać u Daniela. Po inkwyzycji pokazał mi Vedalken Shackles, Snapcaster Mage, Spell Snare, Mana Leak, Scalding Tarn, Island. Ucieszyłem się, że wreszcie deck, który nie chce zakończyć gry w trzy tury, więc inkwizycja wyrzuciła Snapcastera, a seize dosięgnął shacklesy. Dalszy przebieg gry w zasadzie przebiegał po mojej myśli i mogliśmy szybko przejść do następnej gry.
1-0
Sideboard:
Out: 3 Liliana of the Veil, 2 Maelstrom Pulse
In: 2 Abrupt Decay, 2 Ancient Grudge, 1 Jund Charm
Kiedy skończyliśmy się już sidować, powrócił koszmar dnia pierwszego. Podeszła do nas Kaja Federowicz i zabrała nasze decki na deckcheck. Już zacząłem w głowie wyobrażać sobie, co zaraz się stanie, ale udało mi się opanować czarne myśli wierząc, że mimo wszystko nie zrobiłem żadnego błędu, bo przecież znałem tę listę na pamięć, wiedziałem dlaczego i w jakich ilościach wszystko w tym decku się znajduje. Pocieszałem się również faktem, że prowadzę, więc nawet jak pójdzie coś nie tak to więcej niż game loosa nie dostanę i będę mógł jeszcze to wygrać. Może to nawet lepiej, że to się dzieje teraz, na początku, a nie wtedy jak sytuacja będzie bardziej stresowa. Wszystkie moje czarne myśli okazały się przesadzone: obydwie decklisty były w porządku, a koszmar już do mnie nie powróci i można było grać dalej.
Druga gra niestety szybko się dla mnie skończyła. Po mulliganie do pięciu i zerowym u Daniela, zostałem zmuszony zatrzymać w ręce 2 Deathrite Shaman, 2 Treetop Village i Inquisition of Kozilek, po czym to dobrałem trzeci Treetop Village (uprzedzam od razu, że bardzo dobrze przetasowałem talię po deckchecku), a przeciwnik poczęstował mnie Blood Moonem. Niestety nie dało się już nic zrobić.
1–1
Obydwoje byliśmy zadowoleni ze startowych siódemek i rozpoczęliśmy grę. Częstowaliśmy się na zmianę to kontrą, to removalem, Daniel poradził sobie z moimi kreaturami, a ja sobie poradziłem z jego Blood Moonem i zaczęła się gra z top decku. Całkiem nieźle mi to szło i w zasadzie wygrywałem kiedy nagle i niespodziewanie w stół uderzył mój odwieczny wróg Meloku the Clouded Mirror i smutno mi się zrobiło, że nie miałem już w decku Mealstrom Pulse i tylko jednego Jund Charma. W następnej swojej turze zagrałem Bloodbraid Elf, który skaskadował Deathrite Shaman i zostałem zmuszony do oddania tury. Daniel nie czekając na nic wyprodukował armię 1/1 Iluzji zaczął wyścig po zwycięstwo. Udało się jeszcze poprzeszkadzać trochę shamanem, ale w ostatniej mojej turze dobrałem Terminate, który niestety tej gry nie wygrywał, zostawiając mojego przeciwnika na jednym życiu.
1–2, punktów po dziesiątej rundzie: 21
Camacho, Francisco [ESP], miejsce w końcowych standingach: 98, deck: Infect
Wygrałem rzut kostką i obydwoje zatrzymaliśmy siódemki. W mojej ręce znajdowały się dwa Lightning Bolt, więc jak już okazało się, że przeciwnik gra Infectem jeszcze bardziej się ucieszyłem z posiadania tej ilości boltów na ręce i one wystarczyły, by wygrać tę gre.
1-0
Sideboard: Z doświadczenia grania z Infectem na tym turnieju wykorzystałem najlepszy wymyślony mi sposób sidowania.
Out: 3 Liliana of the Veil, 3 Kitchen Finks, 1 Eternal Witness, 1 Bloodbraid Elf
In: 2 Jund Charm, 2 Ancient Grudge, 2 Abrupt Decay, 2 Fulminator Mage
Gra była dość prosta, bo przeciwnik miał znacznie mniej stworów niż ja removalu i tym sposobem wyrównałem rachunki z Infectem na tym turnieju.
2-0, punktów po jedenastej rundzie: 24
Meaney, Alan J [IRL], miejsce w końcowych standingach: 94, deck: Dregevine
Przegrałem rzut kostką, ale przeciwnik skorzystał z mulliganu do sześciu, przy czym ja zatrzymałem swoją siódemkę. Podczas gry nie stało się za wiele, bo Alan nie pokazał mi nic po za 2 Diregraf Ghoul i Tidehollow Sculler myląc mój osąd na temat jego decku.
1-0
Sideboard: Nie będąc pewnym z czym grał, zdecydowałem się na małe zmiany.
Out: 3 Thoughtseize
In: 1 Abrupt Decay, 2 Olivia Voldaren
W tej grze Alan pokazał swoje prawdziwe kolory, narzucił koszmarne tempo dwoma Vengevine i Oona’s Prowler, na które do końca gry nie znalazłem odpowiedzi.
1–1
Sideboard: Widząc już z czym gram, musiałem naprawić mój sideboard plan
Out: 3 Liliana of the Veil, 1 Abrupt Decay
In: 2 Jund Charm, 2 Obstinate Baloth
Przeciwnik zatrzymał swoją startową siódemkę, a ja po mulliganie to pięciu zostawiłem bardzo ryzykowną rękę w stylu Janeczka pod tytułem „dojdzie z czuba”, czyli cztery landy z kolorami w tym Treetop Village i Inquisiton of Kozilek. Zacząłem z inkwizycji i ujrzałem swoją śmierć w najbliższych turach: Inquisition of Kozilek, 2 Oona’s Prowler, Lotleth Troll, Vengevine, City of Brass, Gamestone Mine. Wycelowałem w Trolla. W swojej Alan popatrzył mi na rękę wprawdzie nie robiąc nic, ale widział, że drogę ma czystą. Moja następną kartą był Jund Charm, który rozwiązywał problem Vengevine. Alan zagrał w drugiej turze Oona’s Prowler zrzucając z końcem mojej Vengevine. Ja zostawiłem odtapowane wszystkie trzy landy na Jund Charma. Dograł drugiego Oona’s Prowler i Gravecrawler, a ja rzuciłem w odpowiedzi na trigger Jund Charma, usuwając jego graveyard. W swojej dobrałem drugiego Jund Charma robiąc klasyczne trzy za jeden. Następnie zatrzymaliśmy się obydwoje. Mając pięć many w moje ręce wpadła Olivia Voldaren i do końca gry nie dostałem już nic poza landami, ale wystarczyło to, żeby zakończyć tą grę Olivią z trzema counterkami i małą pomocą Vengivine przeciwnika.
2-1, punktów po dwunastej rundzie: 27
Chiche, Kevin [FRA], miejsce w końcowych standingach: 83, deck: Naya POD
Przegrany rzut kostką pozwolił przeciwnikowi szybko przejąć inicjatywę zasypując mnie Birds of Paradise, następnie prowadząc grę do wstawienia Zealous Conscript i Restoration Angel i pokonania mnie klasycznym aggro.
0-1
Sideboard: W grze została stwierdzona obecność Birthing Pod i nie mogę wykluczyć posiadanie przez Kevina comba. Bardzo nie lubię tego MU, ale niestety moja niechęć nijak mi w tym nie pomagała i trzeba było podjąć decyzję.
Out: 3 Liliana of the Veil, 1 Inquisition of Kozilek
In: 2 Ancient Grudge, 2 Abrupt Decay
Gra okazała się nadzwyczaj prosta, bo po inkwizycji z boltem na łapce zobaczyłem u Kevina one landera z bopem. Nie mogło się to skończyć inaczej jak szybko.
1–1
Podobna sytuacja jak w drugiej grze, tylko, że tym razem zagrał drugiego landa, a ja posiadałem w ręce bolta więcej niż wcześniej, co nie pozwoliło mu do końca gry posiadać choć przez chwilę czterech many.
2–1, punktów po trzynastej rundzie: 30
Tagi-zade, Eldar [RUS], miejsce w końcowych standingach: 43, deck: Affnity
Obydwoje zatrzymaliśmy nasze startowe siódemki. Wygrałem rzut kostką, więc zaczynałem. Gra była bardzo trudna i przyjąłem agresywną strategię i posiadając tylko dwa landy w stole prze całą grę napierałem praktycznie tylko posiadanymi dwoma Deathrite Shaman ściągając przy okazji każdego stwora jaki ujrzał pole bitwy i ostatecznie doprowadzając do sytuacji, gdzie Eldar z dwoma Cranial Plating w stole i możliwego wjazdu za 14 nie był wstanie mnie zabić przegrywając od czarnej umiejętności shamanów w moim upkeepie. Osobiście uważam, że to była najlepiej zagrana prze ze mnie gra w ten weekend.
1-0
Sideboard: Klasyczne sidowanie się na affkę jakie wymyśliłem tego weekendu, więc coś co miałem przerobione.
Out: 3 Liliana of the Veil, 3 Thoughtseize, 3 Inquisition of Kozilek, 1 Eternal Witness
In: 2 Jund Charm, 2 Ancient Grudge, 2 Abrupt Decay, 2 Fulminator Mage, 2 Obstinate Baloth
Druga gra wyglądała bardzo podobnie z mojej strony, bo znowu się zatrzymałem na dwóch landach i gdybym tylko w ostatniej mojej turze dobrał tego trzeciego landa i był wstanie zagrać Fulminator Mage to nie przegrałbym od Inkmoth Nexus z Cranial Plating i wygrał w następnej agresją. Niestety tak się nie stało.
1–1
W trzeciej grze działo się już bardzo dużo i rywalizacja była zażarta. Doprowadziłem do sytuacji gdzie w stole miałem Tarmogoyf, Deathrite Shaman i castowałem właśnie Bloodbraid Elfa, a przeciwnik posiadał Blinkmoth Nexus i Cranial Plating z niewystarczającą ilością artefaktów, by mnie zatruć w następnej swojej turze. Potrzebowałem najlepiej Fulminator Mage czy jakieś niszczenie artefaktów z kaskady lub modlić się, by nie dobrał więcej artefaktów i mógł mnie faktycznie zatruć na śmierć. Niestety z elfa wyskoczył Kitchen Finks, a Eldar dobrał Thoughtcast, a następnie zagrał Memnite i Signal Pest, co oznaczało dla mnie koniec tej gry.
1–2, punktów po czternastej rundzie: 30
Kohl, Reinhold [DEU], miejsce w końcowych standingach: 117, deck: UWR Delver Ponza
Wyjątkowo po przedstawieniu się rozwiązał mi się język. Reinhold zadawał mi pytania, na które z chęcią odpowiadałem. Pytał się o moje uczestnictwo na Pro Tourach, ilość bye na tym evencie. Był zaskoczony, że osiągnąłem taki wynik bez bye i tym, że nie mam większego doświadczenia na tego typu turniejach. Skomentował to, że musiałem prezentować naprawdę solidną grę w ten weekend, tym bardziej jak opowiedziałem mu historię ze zgubieniem decklisty i startem 2-2, ale o ile przyjemnie się rozmawiało, trzeba było w końcu zagrać.
Wygrany rzut kostką i zatrzymana siódemka przybliżały mnie coraz bardziej do zakończenia jeszcze wyżej tego GP. Przeciwnik też zatrzymał siódemkę, ale jedyne zagrożenie jakie udało mu się zagrać to Steppe Lynx w pierwszej, który w końcu ugiął się pod naporem mojego Lightning Bolt. Geist of Saint Traft spotkał się z moim Inquisition of Kozilek turę przed wejściem i ogólnie jakoś łatwo poszło jak na pierwszą grę z moim ostatnim przeciwnikiem, na pewno pomagało mi to, że w tym czasie na stole po jego stronie było już siedem landów
1-0
Sideboard: Nie widziałem za wiele, ale czegoś o tych kolorach można sie spodziewać, więc udało się wymyśleć jakiś plan na grę.
Out: 2 Maelstrom Pulse, 4 Dark Confidant, 1 Eternal Witness
In: 2 Abrupt Decay, 2 Jund Charm, 2 Olivia Voldaren, 1 Obstinate Baloth
Druga gra zapowiadała się jeszcze lepiej, bo udało się zatrzymać siódemkę, a przeciwnik skorzystał z mulligana do pięciu. W swojej pierwszej turze wstawił Delver of Secrets. Ja pomimo posiadania na ręce Lightning Bolt zamiast zabijać Delvera sprawdziłem pierwsze, co tam u niego słychać. Inkwizycja pokazała Island, Sleight of Hand, Snapcaster Mag i Stone Rain. Obecność ponzy trochę mnie zaskoczyła, ale gra póki co była po mojej stronie i wcelowałem w Sleight of Hand. Delver jak to Delver nie flipnął się w następnej turze Reinholda, a ja w swojej dograłem Thoughtseize wyrzucając Stone Rain i zabijając Lightning Boltem Delvera, ale gra toczyła się dalej. Przeciwnik w końcu dosięgnął czwartej many i Sowing Salt usunął mi wszystkie Blackcleave Cliffs z decku. Zostałem na tylko Overgrown Tomb i Forest, a na stole Tarmogoyf i Liliana of the Veil z jednym loyality oraz posiadałem dziewięć żyć. Po stronie Reinholda natomiast Insectile Aberration, jakieś landy i ilość żyć wygrywająca wyścig z Tarmogoyfem. Z biblioteki dobrałem Treetop Village, które oczywiście dostawiłem, na ręce posiadałem drugi Tarmogoyf, Jund Charm i Kitchen Finks. Sytuacja zmuszała, by dorzucić counterek Lilianie, aby zwabić na siebie insekta. Po dłuższym zastanowieniu się nad discardem z umiejętności Liliany postanowiłem wyrzucić finksa i zaatakować Tarmogoyfem. Przeciwnik w swojej wycelował w Overgrown Tomb swoim Molten Rain zbijając mnie na siedem żyć, a Liliane wykończył insektem. W mojej turze dograłem drugiego Tarmogoyfa, który nie spotkał się z oporem. Przeciwnik nie dobrał removalu, ani innego spalenia i wygrałem wyścig. Po podaniu sobie rąk jeden z obserwatorów zauważył, że gdyby obrażenia z Molten Rain przekierowane zostały by na Liliane, a insekt by zaatakował mnie, to bym przegrał. Ten jeden missplay, którego ani ja, ani Reinhold nie zauważyliśmy, okazał się być kluczem tej gry.
2-0, punktów po piętnastej rundzie: 33
Po zakończeniu ostatniej rundy i oddanie wyniku do stolika sędziowskiego zacząłem się rozglądać za resztą ekipy. Natrafiłem przy o okazji na przewijającego się przez cały dzień tu i ówdzie Matthieu Deloly (francuskiego polaka wpisanego jako francuz na tym turnieju), który poinformował, że ostatecznie skończył z takim samym wynikiem jak ja i liczy na top 64. Wtedy to mnie dopiero dotarło, że przecież ja też mam szanse na top 64. Wprawdzie wiedziałem, że moje tiebreakery nie są w najlepszym stanie, ale pamiętałem, że Matthieu był dwie rundy temu troszkę niżej niż ja. Moją świeżo rozpaloną nadzieję ugasiła trochę informacja od Kaji, że podglądnęła końcowe standingi i wygląda na to, że jestem na sześćdziesiątym szóstym miejscu. Mimo wszystko do samego końca wierzyłem, że coś się jeszcze może zmienić. Ostateczne wątpliwości rozwiały zobaczenie na własne oczy standingów potwierdzających tylko to co mówiła mi Kaja.
Kiedy emocje już opadły i znaleźliśmy wszystkich członków załogi wyjazdowej, zaczęły się rozmowy i opowiadanie przeróżnych historii, które się dzisiaj wydarzyły. Niektóre z nich już słyszałem w ciągu dnia, ale dla wielu zgromadzonych były one opowiadane po raz pierwszy. Eomer na przykład podczas na początku dnia drugiego (dokładnie wtedy kiedy podpisuje się pismo, które będzie potrzebne organizatorowi w razie ewentualnych wygranych) był świadkiem jak gość oddaje sędziemu czystą kartkę. Sędzia wyraźnie skonsternowany sytuacją domagał się wyjaśnień. Na co gość odpowiedział mu, że on jest bezdomny i nie zamierza nic wygrywać. Co jak się okazało stało się celem samym w sobie, bo gość w pierwszej rundzie dostał game loosa za wykłócanie się o jego zdaniem krzywdzący ruling. Podczas tych rozmów niedaleko naszej grupy przeszedł bliżej nieokreślony sędzia. Ensen, który przez ostatnie parę chwil prezentował wszystkim swoją altercję, nagle zerwał się i biegnąc do niego zapytał się czy uważa on, że używanie tego typu tokena jest oznaką obrazy dla jego przeciwników. Jak można się było domyśleć owy sędzia potwierdził wątpliwości Philippa, a my mogliśmy wrócić do naszych rozmów i oczekiwaniu na zakończenie eventu.
Podczas oglądania finałów siedzieliśmy niedaleko stolika gdzie podpisywał karty Sławomir Maniak, więc korzystając z okazji podszedłem pooglądać jego pracę. W tym czasie przewinęło się trochę polaków chcących podpisać co nie co lub dorysować coś ciekawego na macie do gry. Sławek słysząc znajomy mu język okazał się bardzo miły i rozmowny co było bardzo pozytywnym akcentem na zakończenie tego dnia. Do tego miałem okazję by dopisał mi „GP Lyon 2012” do wcześniej podpisanego i przerobionego Vorapede, z którym to wysłałem do niego Grześka.

Po zakończeniu finałów nie pozostało nam już nic innego jak spakować swoje rzeczy i wyruszyć w drogę powrotną. Na sam koniec chciałbym tylko dodać, że to był niesamowity dla mnie turniej. Fatalny start obrócił się w rewelacyjny finisz. Zrobiłem, co mogłem, by wygrać jak najwięcej i wiem, że było blisko, by wygrać jeszcze więcej, jednak wierzę też, że przyjdzie jeszcze czas na większy sukces. Mimo niedosytu ukończenia zaraz pod kreską jestem z siebie bardzo zadowolony. Przypomniałem sobie też o mojej deklaracji, że jak nie wygram tego eventu to skończę z mtg. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe, jak tym razem nie dotrzymam słowa, a ja na przyszłość będę bardziej uważał na to, co mówię ;).
Autor: Dariusz „byłek” Przybyło