Wprawdzie premiera była już chwilę temu, ale ze względu na różne zawirowania znalazłem czas dopiero dzisiaj by przelać swoje myśli na elektroniczną ścianę. Nie ukrywam, że w tym czasie zdarzyło mi się przeczytać tudzież obejrzeć recenzję innych – mniej lub bardziej znamienitych recenzentów. W związku z tym naszła mnie pewna refleksja. Zastanawiam się czy lepiej zrobić solidną dziennikarską robotę i przygotować się do tekstu pisanego zwanego dalej recenzją, czy jednak lepiej zabrać się za pisanie idąc na żywioł i bez influencji i podświadomych porównań tworzyć swoja opinię tylko na podstawie tego co widziałem i wiem o recenzowanym filmie? Z jednej strony tekst może być bardziej dopracowany z drugiej może być “żywszy” i przystępny, tak jakbym po prostu mówił do kogoś znajomego o tym filmie. Tak czy siak na razie lecę na żywioł zwany Ragnarokiem w wykonaniu znanego tu i ówdzie boga wyładowań elektrycznych o imieniu Thor ?.

Trailery od początku przekonywały potencjalnego widza, że widowisko będzie się różnić od wcześniejszych dwóch części czy kreacji Thora znanych z Avengersów. Były one utrzymane w konwencji wpadającej w retro z dużą ilością neonów o bogatej jaskrawej kolorystyce. Ja osobiście żartobliwie odnoszę się do filmu per Tron: Ragnarok ponieważ bardzo mi się to kojarzy ze światem znanym z filmu Tron. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, ale jednoznacznie dawano mi do zrozumienia, że będzie to wszystko trochę inne. I w rzeczywistości tak było. Poprzednie częśći nauczyły mnie, że stylizacja Asgardczyków i generalnie całego Asgardu jest najbardziej plastikową wpadającą w kicz stylizacją ze wszystkich superbohaterskich filmów, ale mimo to historia była wcześniej opowiadana w dość poważnym tonie. Tym razem (chyba trochę na wzór sukcesu Strażników Galaktyki) ton stał się mniej poważny i cała otoczka, że ponownie ratujemy “świat” jest zrzucona zdecydowanie na dalszy plan i tak naprawdę stanowi tylko tło na opowiadanie historii naszpikowanej gagami i komediowymi scenami. Oczywiście, można się doczepić, że to zaczyna się robić schematyczne i wtórne, ale cały trik polega na tym, że znowu jest to zrobione w niewymuszony sposób i z przyjemną dla oka oraz ucha gracją. Co jest niemałą sztuką.

Jak często bywa na początku historii z cyklu “kinowego serialu” widzimy naszego tytułowego bohatera, boga piorunów Thora (Chris Hemsworth) podczas kolejnej misji z której jak się można słusznie spodziewać wraca zwycięsko. Tylko po to by po kilku mocno komediowych (i naszpikowanych easter eggami) scenach razem z Lokim (Tom Hiddleston) wyruszyć na kolejną misję. Wyprawa ta doprowadza do konfrontacji z głównym antagonistą, czyli wysłanej na banicję córki Odyna – Heli (Cate Blanchett). Którą to przegrywają z kretesem, a ta idąc za ciosem jak gdyby nigdy nic w pojedynkę zdobywa cały Asgard tak łatwo, że usłyszałem płacz w internecie – Marvel, plz nerf ?. Mimo niesamowitej przewagi siły naszemu duetowi udaje się przeżyć i uciec na planetę, która funkcjonuje jako międzywymiarowe złomowisko. I tak naprawdę dopiero tutaj zaczyna się cała zabawa.

Przyznam, że wstęp do tego wszystkiego był trochę długi i może się wydawać, że nawet niepotrzebny, ale tak naprawdę to nie ma znaczenia. Generalnie cała fabuła w tym filmie nie ma większego znaczenia i funkcjonuje tylko dlatego by móc pchnąć akcję do przodu. Trochę może się wydawać to dziwne, bo często fabuła jest najważniejszym elementem filmu, ale tutaj po prostu jest i to jakimś cudem to wystarcza by wszystko miało jakiś wspólny mianownik, a nawet sens. Prawdopodobnie to wszystko zasługa bardzo dobrej komediowej tonacji i dobrze napisanych żartów, które często nie są pojedynczym gagiem, a całą sekwencją, która najpierw wprowadza w tematykę żartu i stopniowo prowadzi do pointy, a czasami wraca do żartu, który rozpoczął się parę scen wcześniej. To wszystko działa w praktyce bardzo dobrze i daje bardzo przyjemne poczucie lekkiego komediowego kina akcji z superbohaterami w roli głównej. I to jak najbardziej mi odpowiada i wręcz spełnia oczekiwania jakie można mieć idąc w ramach rozrywki do kina.

Warto docenić tutaj aktorów, którzy w komediowej odsłonie naprawdę świetnie się sprawdzili i są naturalni i prawdziwi w tym wszystkim. Z tego co mi wiadomo, duża ilość scen była improwizowana, a dzięki chemii między aktorami i granymi rolami wszystko po prostu sobie płynie tak jakby po prostu doskonale zagrali swoje role. No i Jeff Goldblum, który gra tak naprawdę samego siebie to już majstersztyk, który po prostu trzeba zobaczyć.

Jeżeli miałbym wskazać elementy, które mi się nie podobały to zdecydowanie główny zły jest trochę nijaki i za bardzo oczywisty, ale to tylko tło więc nie ma czym się przejmować ?. Natomiast już faktycznie mnie razi tło historyczne Walkirii (Tessa Thompson), bo przez pokazanie tego “wielkiego dramatu” jaki złamał jej ducha walki to postać dla mnie straciła na wiarygodności. Na pewno dało się to zrobić lepiej.

Za to bezapelacyjnie plebiscyt najlepszej sceny wygrał Hulk (Mark Ruffalo) w finałowej walce podczas Ragnaroku gdzie oddał tym całego ducha postaci Hulka ?. Jestem totalnie fanem tego typu zachowań charakteru niezależnie od tego jak bardzo romantyczną drogę przemiany postać przeszła i jak mocno szaty przy tym rozdzierała to jednak ostatecznie pozostaje sobą. Zawsze w takich momentach przypomina mi się scena ze School Rumble gdzie Harima Kenji na dachu szkoły pozostaje wierny charakterowi swojej postaci w książkowym moim zdaniem stylu (pozdro dla kumatych) ;).

Podsumowując – Thor: Ragnarok jest bardzo przyjemnym filmem, który pozostawia poczucie zadowolenia po wyjściu z kina dzięki swojej lekkiej i rozrywkowej formie, dając solidną dozę rozwałki jak na superbohaterów przystało, a jako część MCU dokłada kolejne elementy do układanki której rozwiązanie już niebawem przyjdzie nam zobaczyć w Avengers: Infinity War. W mojej ocenie daje mu to wynik 8,5/10 i jest to film warty polecenia nie tylko fanom. A fanom przypominam, że to wciąż Marvel i z sal kinowych po napisach nie wychodzimy ?.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *