Kiedy osiem miesięcy temu ujrzałem po raz pierwszy trailer filmu Valerian i Miasto Tysiąca Planet w akompaniamencie zremiksowanego hitu The Beatles – Because wiedziałem, że koniecznie będę chciał to zobaczyć na ekranie kina. Pierwsze wrażenie podsycał fakt, że reżyserem jest Luc Besson, który dwadzieścia lat temu urzekł swoją wizją w kultowym już Piątym Elemencie, niestety w tym samym trailerze przypomnieli mi, że on też jest odpowiedzialny za znacznie mniej udaną Lucy. Nie mniej jednak wizualizacja świata na tym krótkim zwiastunie zapowiadała w najgorszym wypadku poetycką jak na swój gatunek ucztę dla oka i nic przyziemnego nie jest w stanie
mnie odciągnąć od premiery.
Warto na wstępie zaznaczyć, że film jest tak naprawdę wzorowany na francuskiej serii komiksów Valerian autorstwa Pierre’a Christina i Jean-Claude’a Mézières’a. Pierwszy odpowiada za scenariusz, a drugi za graficzną stronę. Jest to o tyle ważne, że pierwszy zeszyt komiksu pochodzi z 1967 roku, czyli 10 lat przed tym jak George Lucas zainspirował świat swoją pierwszą wizją Gwiezdnych Wojen. Od siebie dodam, że do czasu filmu komiksu nie znałem i nie jestem wstanie ocenić jak bardzo lub nie bardzo trzyma się pierwowzoru. Mimo wszystko i niezależnie od niego film jest całością i podczas seansu nie czułem braków wiedzy, a wszystko co moim zdaniem wiedzieć powinienem było w filmie od początku do końca.
Od samego początku reżyser prezentuje nam skalę świata z jakim przyjdzie się nam zmierzyć. Świetnie zmontowane wprowadzenie przenosi nas od czasów prawie teraźniejszych do dużo dalszej przyszłości gdzie podróże kosmiczne są już chlebem powszednim tak jak i kontakt z odległymi cywilizacjami. Wszystko po to by zaraz przeskoczyć na zupełnie obcą planetę by zagłębić się zalążek wydarzeń, które jak można się szybko domyśleć będą filarem opowiadanej nam historii.
Akcji w filmie jest wiele, w zasadzie kiedy wydaje się, że dane jest nam na chwilę odetchnąć to zwrot lub nagły wypadek posuwa akcję błyskawicznie do przodu wciągając w kolejne wiry wydarzeń, przedstawiając nam kolejne części historii, wprowadzając kolejne bardzo zmyślnie wykreowane postaci. Besson doskonale bawi się sztuką filmową wyciągając z wielu scen ile się da mimo wszystko nie przekraczając granicy przytłoczenia widza. Robi to nie raz z chirurgiczną precyzją, jednak pomimo to czuć, że nie jest to tylko doskonałe rzemiosło, ale jest w tym dużo serca i pasji.
Ale to nie wszystko, bo wizja reżysera to jedno, ale sztab ludzi, który jest wstanie tą wizje urzeczywistnić to drugie. Scenografie, kostiumy, charakteryzacja, projekty postaci, efekty specjalne, muzyka, montaż, zdjęcia. To wszystko ma taki poziom, że spodziewam się Oskarów w kategoriach technicznych. Niesamowite ile można było pokazać w 137 minutach filmu i do tego nie pozostawiając złudzeń, że zobaczyło się jakiś procent może nawet odsetek tego niezwykle bogatego i różnorodnego świata.
Aktorsko też jest bardzo dobrze. Wiadomo można kwestionować wybór Dane DeHaan w roli tytułowego Valeriana czy partnerującą mu Care Delevingne jako Laureline, ale moim zdaniem to kwestia mocno gustu. DeHaana poznałem po raz pierwszy w bardzo dobrej Kronice (2012) gdzie grał wręcz przeciwieństwo zawadiackiego, pewnego siebie Valeriana. Myślałem, że będzie do dla niego jako aktora pułapka specyficznej urody i niskiego głosu by grać tylko antagonistów, ale sprawdził się moim zdaniem tutaj wyśmienicie i ostatecznie nie widzę nikogo lepszego na jego miejscu. Z Carą miałem większy problem, bo musiałem się najpierw przyzwyczaić do jej mocno odwracających uwagę brwi, kiedy to nastąpiło wszystko już było na swoim miejscu
i śmiało mogę przyznać, że jest to jeden z lepszych jak nie najlepszy duet jaki przyszło mi oglądać ostatnimi czasy w filmie i pomimo, że nie ma sceny po napisach, że będzie więcej to z chęcią obejrzałbym już drugą, trzecią, a potem czwartą część o ich przygodach
.
Gorzej już wypada Rihanna, która od początku była dla mnie opcją z kategorii – wait! WHAT?!. Ale jej epizodyczna rola i majstersztyk w wykonaniu speców od efektów uratowali jej postać do tego stopnia, że nie zamierzam się jej czepiać. No dobra, trochę, jej głos jako niebieska Bubble bym zmienił by mniej irytował
.
Opowiadana historia z kolei jest dość lekka i czytelna, przesłania są oczywiste ale nie banalne. Porusza realne problemy polityczne istniejące we współczesnym świecie ale nie odnosi się do nich bezpośrednio lub w żaden sposób nie próbuje to nawet sugerować. Jest odpowiednia powaga sytuacji, ale kiedy okazja na to pozwala operuje niewymuszonym żartem i udało mi się nawet przy tych głośno zaśmiać czego w kinie staram się unikać. Oczywiście figurują w opowieści elementy mocno przetartych schematów, ale nie czułem wtórności, dla mnie wszystko było świeże i na odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Generalnie oglądając film miałem wrażenie przenikających się rozdziałów czy nawet niczym w serialu odcinków tylko wszystko podane w jednej spójnej formie bez czekania co będzie dalej. Dzięki temu lepiej poznajemy naszą parę protagonistów razem jak i każdego z osobna by ostatecznie przekonać się do czego to wszystko prowadzi.
Valerian w swojej konwencji filmu science fiction należy niezaprzeczalnie do odłamu space opera stając w szranki z takimi hitami jak Gwiezdne Wojny, Star Trek czy Strażnicy Galaktyki i moim zdaniem, aktualnie zrobił to najlepiej przede wszystkim jako samodzielny film. W tej kategorii była to dla mnie rozrywka w czystej postaci i pomimo drobnych potknięć (głównie w scenariuszu), które powinny przeszkadzać moim zdaniem tylko i wyłącznie „krytykom” jest to w swoim gatunku absolutny hit i za kolejnych 20 lat będzie się o nim mówiło jako część klasyki. Zdaję sobie sprawę, że moje recenzję mają mocno pozytywny charakter, ale wyjście do kina ma nieść dla mnie przede wszystkim rozrywkę, jeżeli film to zrobił to jedynie co mogę ocenić to jak bardzo mu się to udało. A Valerianowi i Mieście Tysiąca Planet udało się to w ocenie 10/10.